2 lipca 2004 roku wyglądający przez okno pociągu konduktor zauważył na nasypie coś dziwnego. Wydawało mu się, że chyba kogoś potrącił pociąg, co na trasie Warszawa-Toruń zdarzało się od czasu do czasu. I faktycznie – przy torach niedaleko Łowicza znaleziono ciało młodej dziewczyny. Ania pochodziła spod Kołobrzegu, miała 21 lat, a w swoją ostatnią podróż wyruszyła dzień wcześniej.
Ania chciała zostać farmaceutką, więc po skończeniu technikum przygotowywała się do egzaminów na Akademię Medyczną. To dlatego 1 lipca wyruszyła w podróż do Warszawy. Zajęła miejsce w mniej obleganym wagonie – zaczynały się wakacje, ludzie raczej jeździli pociągiem do Kołobrzegu, turnus jeszcze się nie zakończył, więc miała dużo miejsc do wyboru.
W tym samym czasie w Toruniu Darek i Artur spotkali się na dworcu – ten drugi miał urodziny, więc chcieli je uczcić w jakiś szczególny sposób, przeszkodą był brak pieniędzy. Darek był drobnym kieszonkowcem, którego policja już dobrze znała, pomimo tego, że miał 23 lata. Pomieszkiwał u znajomych i na dworcu, bo po awanturach zabroniono mu wstępu do domu rodzinnego. Rok młodszy Artur – chłopak z porządnej rodziny, ale po specjalnej podstawówce, też miał już zatargi z prawem – lubił się napić, a środki do tego czerpał z kradzieży. To właśnie jego 22 urodziny były okazją do spotkania z Darkiem.
Pamiętam, że na początku nowego stulecia pociągi były dla wielu osób ważnym środkiem transportu. Sama jeździłam na wakacje tym składem do Kołobrzegu, który teraz kursuje nadal jako pociąg „Słoneczny” w okresie wakacyjnym. Z reguły panował w nim tłok, jazda była niekomfortowa, podróż długa, konduktorzy mili, ale zdarzali się też pijani, nie reagujący na nic, co się działo wokół, a żeby znaleźć miejsca trzeba było przyjechać na stację kilka godzin wcześniej i zająć przedział – co zresztą wielokrotnie robiliśmy ze znajomymi. Tylko raz jechałam sama nocnym relacji Warszawa-Szczecin, było to mniej więcej na rok przed opisywanymi wydarzeniami, ale też pamiętam atmosferę strachu podróżnych – zakaz wyłączania światła, opowieści o kradzieżach, miejskie legendy o wpuszczani gazu w celu uśpienia podróżnych… Nas też kiedyś okradziono w nocnym do Kołobrzegu – zrobiliśmy dokładnie jak Ania – znaleźliśmy puste przedziały w ostatnim wagonie i rozdzieliliśmy się po 3-4 osoby w każdym, jedna grupa pechowo usnęła gdzieś między Tczewem a Gdańskiem. Na szczęście szybko zareagowała reszta wycieczki i złodzieje uciekając w pośpiechu wyrzucili portfel z dokumentami kolegi nie zauważając, że za dowodem osobistym włożył większą część swojej gotówki – zabrali tylko monety i resztę z biletu. Uratowało nas to, że byliśmy razem, przypadkowo akurat przechodził konduktor, zbliżała się stacja…
Wtedy, około 3 w nocy mężczyźni wsiedli do pociągu do Warszawy – jak to robili często szukając łatwego łupu pośród śpiących czy nieostrożnych podróżnych. Przeszli przez skład i w ostatnim wagonie zastali Anię, która uczyła się do egzaminu, który miał się odbyć rano. Zagaili rozmowę z nią udając studentów, co jednak specjalnie nie wychodziło dwóm złodziejom po podstawówce, więc Ania zaczęła się czuć nieswojo. Oni jednak już ją zlustrowali – zauważyli telefon, pierścionki, więc przystąpili do realizacji swojego planu.
Zamknęli przedział na klucz, zasłonili firanki i zaczęli torturować Anię. Związali ją, zakneblowali jej usta, okradli. Potem znęcali się dalej – cały czas strasząc, że za jakikolwiek sprzeciw zrobią jej krzywdę, a jeśli będzie ich słuchać – w końcu puszczą ją wolno. Przyszedł konduktor – wyszli z przedziału, kupili od niego bilety za zabrane ofierze pieniądze i jak gdyby nigdy nic wrócili do środka. Gdy pociąg dojechał do Warszawy kazali Ani wysiąść – następnie zmusili ją, żeby wsiadła z nimi do innego, którym chcieli wrócić do Torunia. To właśnie z tego składu wyrzucili Anię, uprzednio kneblując ją papierowymi ręcznikami w toalecie. Artur i Darek wysiedli w Kutnie, żeby złapać inny pociąg do Torunia, gdzie zastawili w lombardzie przedmioty, które zabrali Ani.
Obydwaj zostali złapani już po tygodniu. Okazało się, że Dariusz otworzył drzwi, a Artur wyrzucił dziewczynę z jadącego składu. Proces rozpoczął się w lutym 2005 a wyrok zapadł we wrześniu. Skazani nie potrafili podać motywacji zbrodni. Artur został skazany na dożywocie – może się ubiegać o warunkowe przedterminowe zwolnienie po 35 latach, czyli w 2040, a Dariusz na 25 lat więzienia, bez prawa do zwolnienia wcześniej. Sąd zdecydował tak dlatego, że Dariusz był realizatorem i pomocnikiem w wykonaniu planu dominującego Artura. Wydaje mi się, że to adekwatna kara, nie to, co w sprawie Agaty.
To, co mnie najbardziej poruszyło w tej sprawie to fakt, że oni w ogóle nie widzieli Ani jak człowieka, a coś – przedmiot, który można wykorzystać, zastraszyć i pozbyć się go bez żalu. Niektórzy zwracają uwagę na to, że Ania się nie broniła – nie dała znać konduktorowi, że coś jest nie tak, na peronie, kiedy czekali na przesiadkę nie uciekła. Można wyczuć, że są tacy, co obwiniają ją o to – jakby reakcja na de facto pozbawienie wolności, pobicie i napad była jakaś jedna i uniwersalna. Natomiast sama policja zaleca – broń się, jeśli masz realną możliwość, jeśli nie – chroń życie i zdrowie jak tego wymaga sytuacja. Tutaj mamy jasną sprawę – ich było dwóch, w tym Dariusz był potężnie zbudowany, ważył prawie 100 kg. Czy Ania mogła odeprzeć atak? Czy mogła uciec? Teoretycznie tak, jednak w momencie kiedy już byli na peronie, była już złamana – pobita, zastraszona, podduszana. Nikt też nie zainteresował się tą dziwną grupką pomimo tego, że siedzieli razem, tacy niedobrani, nad ranem i na pustym dworcu. Ofiary przemocy, czy to krótko- czy długotrwałej mają prawo się bać, mają prawo być sparaliżowane strachem i nie postępować racjonalnie, często podobne rzeczy słyszy się o ofiarach gwałtu – że broniły się za mało lub wcale. Paraliż też jest reakcją na atak, i to normalną, prawdopodobnie większość z nas nie byłaby w stanie zareagować inaczej. Sędzia słusznie uznał to za okoliczność jeszcze bardziej obciążającą sprawców – którzy wmawiali Ani, że jak będzie posłuszna, to puszczą ją wolno…
Kolejna kwestia, który wywołała kontrowersje, to odpowiedzialność kolei. Czy pasażer ma prawo czuć się w pociągu bezpiecznie? Czy kolej odpowiada za to, że tak nie jest? W 1993 roku zapadł pierwszy popeerelowski wyrok, który uznawał odpowiedzialność przewoźnika za napad w pociągu. Kilka lat później skazano kiboli, którzy wyrzucili z pociągu mężczyznę, bo nie chciał im dać „na piwo”. Policja organizuje akcje typu „bezpieczny pociąg”, ale skupia się za bardzo chyba nie na tym, co trzeba – albo podając rozwiązania zdroworozsądkowe, ale niczemu nie zapobiegające jak „nie bierz ze sobą dużej ilości gotówki”, albo zrzucając odpowiedzialność na pasażerów: „podróżuj w dzień”, „unikaj samotnych przejazdów”, „wybieraj przedziały z osobami starszymi i dziećmi”. Akcje z użyciem prawdziwych funkcjonariuszy to tradycyjnie – okolice świąt czy wakacji.
Według mnie PKP nie jest bez winy. SOK i policja prowadzą statystyki przestępstw na dworcach i w pociągach, Artur i Dariusz byli już znani policji z kradzieży kieszonkowych. Podróżni, płacąc za bilet, nie powinni obawiać się pijanych, kradnących, czy po prostu agresywnych współpasażerów, tak samo jak konduktorzy nie powinni bać się wykonywać swoją pracę, a napady na nich zdarzają się pewnie tak samo często jak na pasażerów. Służba Ochrony Kolei gdzieś mniej więcej do 2007 przedstawiała statystyki przestępstw na podział wobec pasażerów i mienia, teraz robi bardziej ogólne. Oczywiście co roku statystycznie im spada. Na przestrzeni lat, od 2007 do ubiegłego roku z ok. 17 tysięcy zdarzeń ich liczba zmniejszyła się do 7 tysięcy, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to trochę też kreatywność słupków, bo te 7 tysięcy to „zdarzenia zaistniałe”, z tego status „wykryte” ma jakieś niecałe 2000. Be definicji trudno stwierdzić skąd wiedza, że jest ich akurat tyle, skoro są „niewykryte”. W 2004, czyli w roku ostatniej podróży Ani, SOK podał, że było 96 przestępstw przeciwko pasażerom (zgwałceń, zabójstw, bandytyzmu, itp.), z czego wykryto niecałe 40%, w ubiegłym roku było ich 32, nie wliczając kradzieży. 16 lat i poprawa o 2/3, o ile nie kwestionujemy liczby „niewykrytych”.
W sprawie Ani złożono zawiadomienie o możliwości niedopełnienia obowiązków przez spółkę kolejową polegające na braku zapewniania bezpieczeństwa. Jednak sprawę umorzono w październiku 2004. Słusznie? Trudno odpowiedzieć na to pytanie.
Od tej zbrodni mija w tym roku 16 lat. Na pewno podróże są już bezpieczniejsze, ale pewnie wpływ na to ma też to, że jest więcej ekspresów i pendolino, natomiast pociągi pospieszne, osobówki, czy lokalne trasy nadal czasem budzą grozę. Z pewnością Ania zasługuje na to, żeby o niej pamiętać, a nie zasłużyła na to, jak ją potraktowano. Cały potencjał młodego życia przepadła na zawsze i nikt nie wie dlaczego – przez narkotyki, alkohol, kilkadziesiąt złotych… Nic nie zmieni tej tragedii, ale nie zapominajmy o niej, która straciła wszystko: córce, siostrze, koleżance.
Kiedy pomyślę o 1998, to wydaje mi się, że to była zamierzchła przeszłość. Nie mieliśmy wtedy w domu internetu, nie byliśmy w UE, dopiero od niedawna sklepowe półki wyglądały jak te znane z telewizji, uginające się pod kolorowymi produktami. Moi rówieśnicy biegali po dworze bez kontroli rodziców, wychowywała nas telewizja, podwórko i od czasu do czasu dziadkowie.
Prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, premierem Buzek. Ciężko to sobie wyobrazić, ale ministrami w jednym rządzie byli i Komorowski i Kaczyński. Za policję odpowiadał Janusz Tomaszewski – z zawodu mechanik samochodowy, z zamiłowania lobbysta żelatynowy. Można powiedzieć, że był to czas optymizmu – Polska szykowała się do wstąpienia do UE, byliśmy w przededniu dołączenia do NATO. Zaczynało się robić tak amerykańsko, kolorowo.
To wszystko jednak, pewnie tak jak i na moje życie, miało nikły wpływ na codzienność jednego Przemka ze Słupska. Dla niego ważni byli koledzy i kosz – jak pewnie dla tysięcy podobnych chłopaków z małych i większych miasteczek. 10 stycznia, w sobotę, Czarni Słupsk podejmowali drużynę z Koszalina, więc Przemek ubłagał rodziców o zgodę i poszedł na mecz. Było to jego pierwsze samodzielne wyjście, zazwyczaj chodził z braćmi, którzy akurat wtedy nie mogli. Przemek był zachwycony, jego drużyna wygrała, kibice w doskonałych nastrojach wracali z Hali Gryfii, bo Czarni byli na drodze do awansu do ekstraklasy – to wielkie wydarzenie dla zapyziałego Słupska.
Grupa około 200 osób wracała przez miasto, w pewnym momencie podjechał do nich radiowóz – funkcjonariuszom nie spodobało się, że przechodzą przez jezdnię już po zapaleniu się czerwonego dla pieszych. Kibice zaczęli pokrzykiwać w kierunki radiowozu, na co policjanci zareagowali wyskakując z niego z pałkami. Tłum zaczął uciekać w różnych kierunkach. Młody i drobny Przemek nie nadążał, więc najłatwiej go było dopaść. Dostał pałką kilka razy, padł na ziemię. Już nie wstał. Policjanci, przekonani, że udaje, nie pozwolili wezwać karetki ani nie udzielili mu pomocy.
Przemoc funkcjonariuszy to najczarniejsza karta w historii policji. Daleko nam w tym zakresie do USA, gdzie policja ma prawo zastrzelić praktycznie każdego, kogo podejrzewa o posiadanie broni lub możliwość ataku. Jednak Polacy też mają swoje niechlubne statystyki w tym zakresie – jak sprawa olsztyńska czy Stachowiaka. W latach 90. było jeszcze gorzej – nie zapominajmy, że to był schyłek epoki mafijnej, w tym samym roku, kiedy zginął Przemek, zastrzelono komendanta Papałę, który wyjaśniał jego śmierć – sprawa jest de facto nierozwiązana do dziś.
Przemek nie przeżył spotkania z policjantem Dariuszem. Policja od razu znalazła wytłumaczenie – chłopak według nich wpadł na słup trakcji. W drugiej wersji – padł ofiarą kibicowskich porachunków. W Słupsku wybuchły zamieszki, w ciągu 3 dni mieszkańcy demolowali radiowozy, siedzibę policji i prokuratury, ranili ponad 70 policjantów. Pogrzeb był zamknięty dla postronnych, chociaż Przemka przyjechało pożegnać 3 tysiące osób z całej Polski.
W całym kraju zawrzało. Reakcja rządu była szybka – powołano komisję z Papałą na czele, która zajęła się od razu ustalaniem przyczyn śmierci Przemka. Sekcja zwłok wykazała ostatecznie, że zginął od ciosu obłym narzędziem – pałką, co potwierdzali też naoczni świadkowie. Policjant Dariusz został aresztowany. Reakcja można powiedzieć szybka i wzorcowa. Niestety nie nastąpiła po niej szersza diagnoza problemów policji i żadne działania zaradcze.
W 2015 roku MSWiA przeprowadziło badania na funkcjonariuszach, aby poznać ich stosunek do agresji, brutalności i metod pracy. Sami policjanci są w większości zwolennikami przeprowadzania interwencji „wszelkimi metodami”. Prawie połowa z nich albo uczestniczyła, albo była świadkami zbyt agresywnych działań. 1/3 ankietowanych policjantów uważa, że za obelgi należy się zastosowanie środków przymusu bezpośredniego, mimo, że nie ma do tego podstaw prawnych. Nie wiem, jakie remedium zaproponowało MSWiA (pewnie żadne, bo w międzyczasie zmieniła się władza), ale taki wynik ankiety dla mnie, jako obywatelki, jest szokujący. 30% policjantów uważa, że za wyzwiska można kogoś pobić, porazić paralizatorem, albo psiknąć gazem. To oznaka jakiegoś zaburzonego obrazu świata, gdzie obywatele są wrogiem mundurowych.
Jakie są tego przyczyny? Pierwsza, jak pewnie wszyscy instynktownie podejrzewamy – to fakt, że do policji trafiają osoby przypadkowe, testy psychologiczne nie odsiewają zaburzonych, z kompleksem Rambo, często władza trafia w ręce osób z niską samooceną, sfrustrowanych, nie umiejących panować nad własnymi emocjami. Dziwne jest w ogóle to, że te testy można powtórzyć – bo niby jak można się nauczyć predyspozycji psychicznych? Kolejnym problemem jest słabe wyszkolenie – policjanci nie znają prawa, nie mają szkoleń z negocjacji, psychologii, nie potrafią budować autorytetu w sposób inny niż siła. Stosują tortury przy przesłuchaniach, dehumanizują podejrzanych i świadków zdarzeń. Brak transparentności nie poprawia sytuacji. Co więcej, panuje przekonanie o bezkarności – nie dziwne, bo tylko 3,5% spraw o pobicie przez policję wychodzi poza mury prokuratur.
Policjant Dariusz, który śmiertelnie pobił Przemka, także miał problemy psychiczne – leczył się, złożył wniosek o przeniesienie z patrolu do innej służby, co się jednak nie stało. W trakcie procesu biegli stwierdzili, że miał ograniczoną poczytalność, kiedy zaatakował chłopaka. Ostatecznie został skazany na 8 lat, z czego odsiedział 4. Nadal ma prawo do pobierania policyjnej emerytury. Jego kolega z patrolu dostał 8 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata za nieudzielenie pomocy umierającemu Przemkowi. Dużo? Mało?
Sąd stwierdził, że cała interwencja 10 stycznia była nieuzasadniona, a policjanci złamali wszelkie zasady postępowania oraz prawo. Rodzice Przemka dostali 300 tysięcy zadośćuczynienia od policji. Komenda pomorska podobno wystąpiła z regresem do skazanego funkcjonariusza.
Sprawa ze Słupska jest jednak memento dla mojego pokolenia – byliśmy w podobnym wieku, chodziliśmy na marsze milczenia dla Przemka, patrzyliśmy na ręce rządowej komisji i komendzie na Pomorzu. Myślę też, że wielu policjantów bardzo dobrze pamięta te emocje w epoce sprzed internetu, kiedy ludzi zjednoczył ten akt agresji wobec dziecka. Próbowano oczywiście atakować rodzinę Przemka – że patologia, że dzieci w gangu kibolskim, dresiarze… Pamiętam olbrzymie kontrowersje i debatę publiczną na temat kibiców, która zupełnie pomijała to, że nawet gdyby Przemek był kibolem i zaszedł za skórę patrolowym, to karą za wandalizm, chamskie odzywki nie powinna być śmierć. Tak samo obrona czy środki przymusu – nie mają na celu zgnoić, upokorzyć, czy skrzywdzić, a obezwładnić. I często nawet teraz zapominamy o ty, że to policjant jest przeszkolony, powinien wiedzieć jak się zachować, ile siły użyć i jakie są mechanizmy tłumu, agresji, czy zwykłej złości, więc na nim ciąży odpowiedzialność za interwencję. Każda przemoc jest wypadkową frustracji, słabości psychicznej i poczucia braku kontroli, nieważne czy na posterunku, ulicy, w rodzinie, w kontakcie z dzieckiem.
Policjanci sami dla siebie są zaskakująco łagodni w temacie walki z wewnętrzną przestępczością. Według statystyk wewnętrzych najwięcej policjantów popełnia przestępstwa korupcyjne, tu króluje drogówka – połowa zarzutów dotyczyła w 2018 roku działań tej służby. Natomiast brutalność policjantów jest opisana dosłownie w jednym zdaniu i nie pokrywa się z innymi badaniami. Self-policing, jak widać, nie działa z punktu widzenia obywateli. Problemem tutaj jest to, że na działania policji skargę składa się do komendanta, a tylko najbardziej brutalne czy nagłośnione przez media sprawy wychodzą poza komisariaty – jak Stachowiak, gwałty, czy tortury. Źle pojęta solidarność mundurowych i zaburzone priorytety też nie sprzyjają jawności. Pracą policjanta rządzi statystyka i wykrywalność, nie mają znaczenia umiejętności miękkie, budowanie wspólnoty, angażowanie się w sprawy lokalne.
Od czasów komuny sytuacja ulegała poprawie, policja pod okiem bardziej rzutkich komendantów mozolnie, to mozolnie, ale wprowadzała zmiany. Sprawa Przemka to materiał szkoleniowy na temat jak nie przeprowadzać interwencji. Niemniej jednak konieczna jest reforma, co pokazują też ostatnie wydarzenia. Tajemnicą poliszynela jest to, że młodzi policjanci unikają wyjazdów na demonstracje do Warszawy, bo czują, że jest to element gry, w której nie chcą uczestniczyć, więc idą na zwolnienia, opiekę nad dziećmi. Pomijam już fakt, że obecny zwierzchnik policji to osoba co najmniej kontrowersyjna, a na pewno ani wzór cnót obywatelskich, ani osobistych ( i chyba jedyny wyrokowiec spośród wszystkich ministrów w ogóle w związku z przekroczeniem uprawnień). Plus postawy agresywne, które oficjalnie zwierzchnicy chcą wykorzenić, okazują się dosyć pożądane przy tym „zarządzaniu tłumem” prezentowanym na demonstracjach. A przecież do policji idą też zwykli ludzie, którzy brzydzą się agresją i wierzą w policyjny etos.
Policjanci nie są też idiotami – teraz wszyscy mają komórki, aparaty, interwencję można nagrać, co zresztą udowodniła sprawa Stachowiaka – wersja oficjalna była zupełnie niezgodna z tą nagraną, dowody „ginęły”, a komendant umorzył sprawę. Ludzie sami potrafią obejrzeć i ocenić zachowanie interweniujących funkcjonariuszy, co sprzyja transparentności, ale niestety nie wpływa pozytywnie na obraz policji.
Teraz dochodzi jeszcze dziwaczny stan prawny ze względu na epidemię. De facto uznaniowo zawiesza się różne prawa obywatelskie bez stosownej podstawy, a każdy urząd czy służba inaczej egzekwuje nowe przepisy, które są często wewnętrznie sprzeczne. Akcje typu „twój ból jest lepszy niż mój”, kiedykoledzy zamordowanej Kornelii z Konstancina są spisywani, a w tym samym czasie imprezy kościelno-partyjne odbywają się bez przeszkód, albo z pogrożeniem palcem, sprawiają, że zaufanie do mundurowych spada. Mam wrażenie, że cofamy się w czasie, a tego typu incydenty zamiast być przedmiotem interwencji i postępowania wyjaśniającego, stają się normą. Nie bez znaczenia też dla obrazu zwykłego policjanta jest niejasna sytuacja prawna, w której się znajdujemy – rząd mówi co innego, sanepid co innego, a patrol policji sam nie wie, co jest prawem, co zaleceniem. W jednym mieście za spacer z psem dostaje się mandat, w innym można nawet wchodzić do zamkniętych czasowo obiektów bez kary. Nie pomaga to, że rzecznik policji idiotycznie broni szefa największej partii, który spaceruje bez maseczki i bez zachowania dystansu, podczas gdy kilka kilometrów dalej samotny kolarz w masce dostaje mandat za nieprzestrzeganie „zaleceń”.
Wydaje mi się, że warto przypomnieć sprawę Przemka, bo widzimy rosnący trend obrony bezprawnych działań policji. Minister Spraw Wewnętrznych broni idiotycznych interwencji, zamiast je wyjaśniać, a ta obrona niejednokrotnie ośmiesza mundur. Beznadziejnie przeprowadzone zabezpieczenie demonstracji robi gwiazdę internetów z niszowego kandydata na prezydenta, ludzie tracą szacunek do funkcjonariuszy widząc jak nieudolnie działają oddziały prewencji. Żenujące interwencje typu bieganie patrolu za jednym rowerzystą na pustym placu Piłsudskiego, a potem „ochranianie” przez ten sam patrol składających tam bukiety oficjeli, też powodują, że wracamy do stereotypowego postrzegania służb, jako głupkowatych „milicjantów” z peerelowskich dowcipów.
Z drugiej strony żądanie transparentności jest uznawane za atak na służby, a pytania o zasadność działań jak obraza majestatu. Oczywiście nie można porównywać skali tego, co się teraz dzieje do sprawy Przemka, ani nawet do innych demonstracji, na które lubią powoływać się miłościwie nam panujący, wiedząc, że czym innym jest panowanie nad agresywnym tłumem, który atakuje funkcjonariuszy, a czym innym mimo wszystko wynoszenie jednej pani stojącej biernie z transparentem przez 4 policjantów. Zaczynają jednak budować pewien obraz, polegający na tym, że ten, kto ma środki przymusu, ten ma władzę, a kwestionowanie jego działań to wystarczająco dobry powód do użycia siły wobec kwestionującego. Myślę, że u większości budzi to złe skojarzenia, a hipokryzja ministra Kamińskiego jest dobitnie widoczna, jak porównamy to z działaniami ponad 20 lat temu w Słupsku.
Co można zrobić tej sytuacji? Zaufanie do munduru buduje się latami, warto zastanowić się, czy jest sens zaprzepaścić je dla doraźnych politycznych celów. Na pewno ważne jest, aby znać swoje prawa, domagać się jawności i wyjaśnień w sytuacjach spornych. Jak ważne są media i opinia publiczna przekonała się rodzina Stachowiaka, bo gdyby nie Superwizjer, to nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że aresztujący Igora policjanci są wcale nie lepsi niż, ci wobec których interweniują. Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, że tak naprawdę takie sytuacje mogą spotkać każdego z nas – winą Stachowiaka było tylko to, że akurat wracał z klubu i policja pomyliła go z dilerem. Winą Przemka była chęć pójścia na mecz i policyjny skrót myślowy „kibole to chuligani”. Winą kolegów Kornelii było „uczestnictwo w nielegalnym zgromadzeniu” w ocenie jednego nadgorliwego patrolu. O ile pewnie dużo osób uważa prymitywną sprawiedliwość typu „oko za oko” za dobre rozwiązanie, to jednak tym samym zapominają, że o winie nie decyduje policja, ale sądy, każdy ma możliwość obrony i to jest bezpiecznik dla władzy. Inaczej brutalność funkcjonariuszy to zwykły lincz.
Oczywistym jest, że realia pracy w policji nie wyglądają jak w filmach Vegi czy w „Drogówce”, a znakomita większość funkcjonariuszy to profesjonaliści. Faktem jednak jest to, że nie ma żadnych programów wsparcia dla nich, szczególnie dla tych na pierwszej linii frontu, policja jest niedofinansowana i zmaga się z olbrzymimi brakami kadrowymi. Problemem nie są demonstranci, rowerzyści, spacerowicze, pijący piwo w parkach, ale problemem jest brak chęci jakichkolwiek zmian idący z góry. Remedium obecnego rządu na wszystko to najpierw reforma emerytur mundurowych, która doprowadziła do absurdalnych decyzji kadrowych, jak ta o pozbawieniu emerytury policjantki, która w latach 90. walczyła ze stołeczną mafią, bo przez 2 lata pod koniec lat 80. była w milicji (a weryfikację przeszła pozytywnie). Inne rozwiązanie to podsypywanie groszem formacji siłowych kosztem np. śledczych, co sprawia, że rząd czuje się bezpiecznie, bo minister jedzie wręczać dary na konferencji prasowej w asyście oddziału z bronią długą, ale ilość przestępstw nie spada. Nie bez znaczenia jest schizofreniczny przekaz – mowa o etosie munduru podczas gdy szefowie resortu rzucają duże siły do akcji typu „wycinamy konfetti dla ministra”. Dlaczego nie ma selekcji z prawdziwego zdarzenia? Dlaczego nie ma pieniędzy na szkolenia? Na to pytanie nie ma odpowiedzi i raczej nie będzie, bo nikt nie ma sensownego pomysłu na zmiany w policji. Nie prowadzi się też badań na temat optymalizacji pracy mundurowych, które mogłyby wskazać kierunki reformy. No i najważniejsze – nie ma transparentności ani chęci do jej wprowadzenia.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że od 20 lat zmieniło się niewiele. Niby zmiana pokoleniowa w policji i usunięcie „komunistycznych złogów” miało poprawić sytuację, ale to pudrowanie trupa – odcięcie po linii 1989 nie zmienia nic, skoro nadal psychologia tłumu mundurowego preferuje i wzmacnia postawy niepotrzebnie agresywne, wymierzone w karanie, a nie pouczanie. Bez pracy u podstaw nie będzie efektów. Zaciekawiło mnie to, jak do reformy policji podchodzą Brytyjczycy. Tam bowiem instytucje państwowe i społeczeństwo obywatelskie są silne, a więc transparentność, współpraca i dzielenie doświadczeń nie jest traktowane jako atak na mundur, ale element pracy funkcjonariuszy na różnych szczeblach. Z sukcesem wprowadzono coś, co nazywa się neighbourhood policing, słusznie zakładając, że służby nie są od działania obok ani w kontrze do społeczności, ale są jej częścią. Tego brakuje u nas, bo autorytet służby buduje się przez to, że jest dysponentem środków przymusu i ma władzę absolutną nad obywatelem. Nie sądzę, żeby ktoś przeprowadził rzetelne badania i zastanowił się nad koncepcją „miękkiego” wykonywania władzy policji. Jaki sens ma zbrojenie oddziałów w lśniące karabinki szturmowe i otwieranie posterunków co 3 kilometry jeśli społeczność nie ma żadnego kontaktu ze swoimi policjantami poza sytuacjami, kiedy faktycznie zachodzi przestępstwo.
Pamiętam, że kiedyś w Warszawie, może i w innych miastach, była dawno temu akcja „poznaj swojego dzielnicowego”, teraz też część komend ją prowadzi, ale chyba na mniejszą skalę i raczej lokalnie. Zaczęła się od krótkich informacji w prasie na temat posterunkowych i zapowiedzią ich wizyt u mieszkańców. Byłam zaskoczona, kiedy do moich drzwi faktycznie zapukał pan aspirant, przedstawił się i zagaił krótko na temat swojej pracy, tego, co się dzieje w okolicy i zaprosił do kontaktu nie tylko kiedy coś się stanie, ale też w sprawach uciążliwych dla mieszkańców (podobno niektórym przeszkadzał całodobowy sklep, inni nie walczyli z nielegalnym parkowaniem). Wtedy byłam nowa na dzielnicy, ale dzięki temu poczułam się bezpieczniej, nie uważam, żeby to jakiś sposób ujmowało autorytetu mojej komendy rejonowej, a wręcz wywołało pozytywne reakcje wśród sąsiadów. Dlatego potem jak w niezwiązanej sprawie zjawił się u mnie o 6 rano oddział szturmowy (pomylili adresy), to w sumie bez jakiegoś większego stresu wyjaśniliśmy sytuację, nikt mnie nie skuł, po sprawdzeniu danych panowie sobie pojechali szukać poprawnego numeru bloku. Ale wiem, że inni maja zupełnie odmienne doświadczenia. Mój rejon działał i zmieniał postawy. Teraz czuję, że to zostało zaprzepaszczone. Nawet nie wiem czy nasz pan aspirant nadal pracuje, bo posterunek znowu stał się niedostępną twierdzą, policjanci są widywani tylko w radiowozach.
Czy może powtórzyć się dzisiaj taka sprawa, jak Przemka? Myślę, że niestety ku temu zmierzamy. Prędzej czy później zapomnimy o nim, o Igorze, zapomnimy o innych ofiarach przemocy i historia zatoczy koło.
Agata miała 23 lata, kiedy zaginęła. Wróciła na weekend do domu, wyszła na imprezę i rozpłynęła się w powietrzu. Był 2 lipca 2003 roku. Matka dziewczyny zgłosiła zaginięcie, lecz córka nie odnalazła się żywa – w grudniu tego samego roku w lesie niedaleko granicy odnaleziono jej poćwiartowane ciało.
Agata pochodziła z góralskiej rodziny. Jej dziadkowie mieli kamienicę przy Krupówkach, którą przekazali w spadku wnuczce oraz jej młodszym braciom. Rodzina wynajmowała tam kwatery. Agata studiowała w Krakowie, do Zakopanego wracała rzadko, bo źle się czuła w rodzinnym domu – przede wszystkim z powodu nieporozumień z braćmi, którzy byli agresywni i nie chcieli oddawać jej części dochodu z najmu kamienicy. Rodzeństwo często się kłóciło. Kłótnie o pieniądze dzieci niejako „odziedziczyły” wraz z kamienicą. Najpierw konflikt zaistniał między dziadkami, a zięciem – rodzice matki Agaty nie lubili męża córki i nie zgodzili się na to, żeby zarządzał on przychodami z najmu. Matka nie radziła sobie wychowaniem dzieci, mała problemy osobiste, od czasu do czasu w domu pojawiała się przemoc. Gdy ostatecznie teściowie zięciowi odmówili i zapisali budynek wnukom, ten obraził się, porzucił żonę i dzieci i wyjechał z Zakopanego. To już chyba świadczy o tym, jak nienormalna sytuacja panowała w tej rodzinie.
Gdy w lipcu dziewczyna wróciła na weekend, wizyta od razu rozpoczęła się od kłótni – Agata chciała pożyczyć od braci samochód, żeby spotkać się ze znajomymi, ale bracia nie chcieli się na to zgodzić po złości. Agata wyszła wieczorem na imprezę, żeby odreagować. Od tamtej pory nikt jej nie widział.
Matka w nocy słyszy trzaśnięcie drzwi – z ulgą zasypia, bo wie, że córka wróciła z imprezy bezpiecznie. Następnego dnia jednak drzwi do pokoju Agaty pozostają zamknięte. Gdy Agaty nie widać też wieczorem, matka czeka, aż bliźniacy wyjdą, otwiera jej pokój zapasowym kluczem. W środku wszystko wygląda normalnie – rzeczy Agaty leżą na szafce, także dokumenty, bez których nie wróciłaby do Krakowa. Synowie zapytani, czy coś wiedzą, zaczynają sugerować, że Agata to wariatka, więc pewnie zabalowała, albo uciekła.
Matka zaczyna się niepokoić, drukuje ulotki, rozwiesza plakaty, jednak przez jakiś czas jeszcze ma nadzieję, że Agata może faktycznie zabalowała, albo wyjechała i że wkrótce wróci. Jednak ostatecznie 14 lipca zawiadamia policję – informuje również, że niepokoi ją zachowanie synów, którzy nie przejęli się zaginięciem siostry oraz zaczęli przygotowywać się do remontu w środku sezonu turystycznego.
Policjanci szybko dochodzą do wniosku, że bracia maczali palce w zagadkowym zniknięciu siostry. Nie ma jednak żadnych dowodów przeciwko ich winie, a bliźniacy trzymają się razem i z uporem powtarzają swoją wersję, że nie widzieli siostry od pamiętnego wieczoru, kiedy wyszła na imprezę po kłótni. W sprawę zostaje zaangażowany krakowski zespół „Archiwum X”. Matka natomiast szuka wsparcia z każdej strony – zaczyna współpracę z Rutkowskim, prosi o pomoc jasnowidzów. Kluczem do rozwiązania zagadki staje się właśnie jasnowidz, ale nie dlatego, że odnajduje Agatę (i to chyba jedyna sytuacja, gdzie pomoc jasnowidza doprowadziła do rozwiązania sprawy)
„Tygodnik Podhalański” opublikował artykuł, niektóre źródła twierdzą, że we współpracy z policją, na temat tego, że jasnowidz ma wskazać miejsce ukrycia zwłok matce Agaty. Bracia, którzy w międzyczasie zerwali kontakt z rodziną, wpadają w panikę (ach ta słynna góralska zabobonność, chciałoby się rzec…) i postanawiają przenieść zwłoki. W zasadzie nie wiem po co, bo skoro wierzą, że jasnowidz je odkryje, to chyba nie ma znaczenia, gdzie będą? Niemniej jednak bliźniacy w logice są mniej wyrafinowani niż w rozczłonkowywaniu ciał szlifierką kątową, więc w nocy 16 grudnia, 5 miesięcy po zaginięciu Agaty, wyruszają do miejsca ukrycia zwłok. W tym samym czasie w tamtej okolicy strażnicy graniczni jak zwykle patrolują teren i zauważają ślady stóp w śniegu. Prowadzą one do matiza zaparkowanego na skraju lasu. Myśląc, że to przemytnicy albo kłusownicy, postanawiają zaczekać i przyłapać ich na gorącym uczynku. Po kilku godzinach z lasu wychodzą bracia K. Gdy pogranicznicy ich zatrzymują, bracia stają się bardzo nerwowi, zaczynają się awanturować – w związku z tym strażnicy kontaktują się z policją z Zakopanego, a w międzyczasie w aucie zauważają narzędzia typu siekiera oraz worki cuchnące padliną. Na wieść o tym zjawia się policja – ślady na śniegu prowadzą do płytkiego grobu, gdzie znajduje się rozczłonkowane ciało.
Bliźniacy łamią się od razu, przesłuchiwani osobno nie stanowią już tak zjednoczonego frontu. Grzegorz opowiada, jak rano po imprezie między nim a siostrą wybuchła kłótnia, zaczęła się przepychanka, aż w pewnym momencie uderzył Agatę w głowę dzbankiem na wodę. Dziewczyna upadła, wtedy założył jej na głowę foliówkę i udusił. Zwłoki zamknął w pustej kwaterze, a potem posprzątał w kuchni, jak gdyby nigdy nic. Wieczorem pokazał ciało bratu, który początkowo chciał iść na policję, ale w końcu zgodził się na ćwiartowanie zwłok siostry i pomógł zakopać ciało w lesie. Kolejnego dnia wywieźli w inne miejsce głowę, umyli samochód. Niedługo później zaczynają usuwać parkiet, na którym leżało ciało.
W krótkim czasie stają się jeszcze bardziej hermetyczni, niż wcześniej, kiedy spędzali ze sobą większość czasu – zmuszają matkę do wyprowadzki, zaczynają „remont”, który ma w ich mniemaniu usunąć wszelkie ślady zbrodni. Matka w wywiadzie udzielonym kilka lat później opowiadała, że właśnie wtedy upewniła się, że mają coś do czynienia z zaginięciem córki.
Ostatecznie po procesie w Nowym Sączu Grzegorz zostaje skazany na 15 lat, z czego musi odsiedzieć 10, a Bartłomiej na 4 za pomoc w ukryciu zwłok. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, dlaczego prokurator wnioskował o 15 lat, skoro mógł o 25. Grzegorz nie dość, że zabił siostrę z zimną krwią, to przecież rozczłonkował zwłoki i je ukrył, a potem zacierał ślady. Podejrzewam, że zdecydowała tutaj dobra opinia o skazanym oraz jego młody wiek. Maksymalna kara dla kwalifikacji Bartłomieja to 5 lat, więc tutaj też się zastanawiam, czemu nie dostał maksa. Chociaż na Podhalu widocznie nie jest to zbyt straszliwe przestępstwo – są i tacy, którzy dostali za tego typu czyn po 8 miesięcy. Zgadnijcie kiedy bracia wracają do Zakopanego, bo to jest dopiero szokujące. Bartek wychodzi po 30 miesiącach z dwuletnim okresem próby. Grzegorz wychodzi po 12 latach. Drugą szokującą okolicznością jest to, że nadal osiągają zyski z kamienicy i prowadzą w niej pensjonat, niestety nie „U morderców”. Lokalizacja jest tajemnicą poliszynela w Zakopanem, a od niedawna, po przypomnieniu tej historii przez WP, można go łatwo odszukać w internecie.
Mnie osobiście trochę dziwi to, że podczas śledztwa porzucono wątek planowania zbrodni przez braci, co zaskutkowałoby wyższą kwalifikacją czynu. Policja początkowo zarekwirowała komputer, na którym znaleziono nagrania z rozmów telefonicznych Agaty, notatki wskazujące na to, że bracia myśleli o pozbyciu się siostry już wcześniej. Nic jednak ostatecznie z tego nie ostało się w sądzie. Grzegorz za to tłumaczył się, że nie miał więzi z siostrą, która wolała znajomych od rodziny. Z kolei koledzy Agaty mówili o tym, że czuła się zastraszana przez braci, że życie z nimi pod jednym dachem to ciągłe awantury. Biegli ocenili też, że Grzegorz był dominującym bliźniakiem i to on wpłynął na Bartka, żeby pomógł mu w zbrodni. Sytuacja rodzinna była wzięta pod uwagę przy wymierzaniu kary – a więc napięte stosunki, nieobecni rodzice, problemy matki i kwestie majątkowe. Nikogo nie usprawiedliwiam, ale gdyby taki argument poruszył obrońca Waśniewskiej, która zasadniczo pochodziła z podobnie dysfunkcyjnej rodziny, też planowała zabójstwo i ukrywała zwłoki, to media rozniosłyby go w proch. A już na pewno sąd nie wskazywałby tego, ani jej młodego wieku, jako okoliczności łagodzącej. Ona przecież także miała dobrą opinię – w końcu była kościółkowa. Dziecko jako ofiara jednak nie może się obronić, Agata w teorii mogła. Ale czy jest to sprawiedliwy wyrok?
Kolejna kwestia, która mnie szokuje, to spadek. Bracia bez przeszkód prowadzą sobie pensjonat, de facto mając korzyści ze śmierci siostry. Jak ustalił reporter WP, sąd uznał Grzegorza za niegodnego dziedziczenia po Agacie, więc pozostała część przypadła matce i drugiemu bratu. Bartek prowadzi tam od 2010 roku pensjonat. Tak, można wynająć pokój, w którym bliźniacy ćwiartowali ciało siostry… O ile wierzę w rehabilitację i resocjalizację (odwrotnie do obecnej obsady MS, która nie dostrzega, że zaostrzanie kar gówno daje, bo jakby coś dawało, to w Teksasie nie byłoby przestępstw), to tu mi się nóż w kieszeni otwiera – ewidentnie obydwaj skorzystali na śmierci siostry, sąd powinien orzec niegodność w stosunku do obydwu. Nie wiem dlaczego dziadkowie nie wycofali po prostu darowizny, być może już wtedy nie żyli. Jest też coś niepokojącego w tym, że obydwaj wrócili do tego „domu złego” i żyją sobie jak gdyby nigdy nic. Spokojnie mogli sprzedać kamienicę w centrum Zakopanego za pieniądze, dzięki którym mogliby zacząć gdzieś nowe i to całkiem komfortowe życie. Dlaczego zostali? Dla mnie jest to oznaka tego, że udawali, jak to określił kierujący więzieniem we wniosku o wcześniejsze zwolnienie, „krytyczny stosunek do zbrodni”. Pozornie się zrehabilitowali, bo przecież już tyle lat na wolności i jak na razie tylko jeden trup na liczniku. Bardziej wygląda mi na to, że po prostu zrealizowali plan, nie czują się winni, więc nawet przez myśl im nie przeszło, żeby porzucić swoją kamienicę. Jak się czują sąsiedzi, najemcy lokali, turyści, kiedy dowiadują się o tej sprawie? Czy powinno się wzywać do bojkotu tego interesu? Gdzie jest lokalna społeczność? Zadowolona, że dutki się zgadzają?
Tło rodzinne nigdy nie jest bez znaczenia przy morderstwie w gronie najbliższych. Przemoc, niestety, rodzi przemoc, a nieudolne rodzicielstwo, brak rozmów, bliskości, stawianie pieniędzy na pierwszym miejscu w hierarchii wartości z pewnością przyczyniło się to tego, że bliźniacy rozwinęli się nieprawidłowo. Widać, że dzieci w tej rodzinie uciekały mentalnie i fizycznie z domu – Agata w towarzystwo, tworząc quasi rodzinę ze znajomymi, jej bracia, bez takich zdolności społecznych, do swojego własnego świata. Matka, nie radząca sobie z życiem osobistym, wydaje się tyranizowana przez swoich rodziców, męża, potem własnych synów… Oczywiście nie każdy wychowany bez miłości zostaje mordercą, tak jak nie każda rodzina opiera się na kulcie pieniądza. Być może gdyby wcześniej zainterweniowały służby, gdyby dziećmi bardziej zainteresowała się społeczność, dziadkowie, to nie doszłoby do tej sytuacji.
Jednak to Grzegorz zaatakował siostrę. To on, zamiast udzielić jej pomocy, postanowił ją udusić. Bartłomiej być może mu uległ, być może pomógł z własnej woli – pewnie nigdy nie dowiemy się jak to wyglądało do końca. Na pewno wydaje się, że mamy tu winnych, ale nie mamy adekwatnej kary. W sumie życie Agaty było warte mniej od życia jej morderców o jakieś 2,5 miliona złotych udziału w nieruchomości oraz 14 lat więzienia.
O Afrodycie pewnie wielu z nas nie usłyszałoby wcale, gdyby nie to, że była córką znanej piosenkarki Eleni. W styczniu 1994 roku została uprowadzona, a potem zamordowana przez byłego chłopaka w lesie niedaleko Poznania. Ta tragedia odbiła się echem w całej Polsce i zajmowała czołówki gazet częściowo także z innego powodu – luki w prawie, dzięki której zabójca został skazany na 25 lat, co wywołało oburzenie społeczne. W kilka lat po wyjściu sprawcy z więzienia powstał (słaby) film luźno oparty na tych wydarzeniach.
Afrodyta poznała swojego chłopaka Piotra, kiedy miała 13 lat i chodziła do podstawówki. On był o 4 lata starszym uczniem zawodówki. „Chodzenie” nastolatków nie wzbudziło entuzjazmu rodziców Afrodyty – nie podobała im się różnica wieku oraz to, że ich córka była dobrą uczennicą, towarzyską dziewczyną i miała wiele zainteresowań, a pod wpływem Piotra stała się bardziej zamknięta i zaangażowana tylko w związek. Niemniej jednak spotykali się 4 lata, aż Afrodyta dorosła do zerwania. Nastąpiło to w 1993 roku – córka Eleni była wtedy już w liceum, a Piotr miał 21 lat. Chłopak bardzo przeżył to rozstanie, nie dawał dziewczynie spokoju, dzisiaj pewnie nazwalibyśmy to stalkingiem, ale 30 lat temu nikt takich rzeczy nie brał na poważnie.
Ja zastanawiam się, czy taką relację, tj. 13-latki z 17-latkiem w ogóle można nazwać związkiem. Już nawet w latach 90-tych musiało się to wydawać dziwne. Sama miałam koleżankę z treningów, która będąc w 6,7 klasie, tak jak ja, miała chłopaka z liceum i dla mnie było to niepokojące. Po pierwsze, z perspektywy 12-13-latki wydawał się starym dziadem, po drugie – było coś niesmacznego dla mnie tej relacji, w której ona wydawała się podporządkowana totalnie, a jednocześnie on pisał jej listy z tekstami typu „jesteś taka dojrzała, możesz sama decydować o sobie, o swoim ciele”, co na mój dziewczyński rozum było dziwaczne. Dla nas, dziewczynek z podstawówki, był to czas kiedy dostawałyśmy okresu, pojawiały się nam włosy w dziwnych miejscach, zaczynałyśmy się rozwijać fizycznie, więc te jego komplementy zupełnie nie pokrywały się z rzeczywistością i naszymi własnymi odczuciami, że nasze ciała są jakieś obce, nie należą do nas. Po prostu nie dowierzałam, że ktoś taki może się podobać dorosłemu – z mojej perspektywy – facetowi. Nie czułam się z tym dobrze, wydawało mi się, że on ją w jakiś sposób wykorzystuje, pomimo tego, że ona, zafascynowana jego znajomymi, muzyką, sposobami spędzania czasu, wydawała się zakochana i zadowolona. Ciężko mi było wysłuchiwać opowieści o imprezach, całowaniu, możliwej utracie dziewictwa itp.
Z tego powodu też zainteresowała mnie historia Afrodyty – bo znowu miałam to mdlące wrażenie, że to nie jest do końca ok. Po pierwsze, 4 lata to przepaść dla 13-latki. Wiele zależy też od cech indywidualnych, ale mieszanka dziecinności, braku wyczucia, poczucia, że jest się „poza” swoim ciałem, które zmienia się dosłownie z dnia na dzień, jest typowa dla tego okresu i nie wpływa na racjonalne ocenianie kontaktów. W wieku 13 lat nie robi się głupot, nie jest się rozwydrzonym nastolatkiem, czy buntownikiem – jest się de facto dzieckiem, które nie umie sobie radzić ze stresem, wyrzutem hormonów i brakiem uwagi, której wymaga. Nie można świadomie być wtedy w związku z nikim i tyle. Co innego gdy się ma 16, 17 lat, kiedy już tak naprawdę wypracowaliśmy swoją autonomię, chcemy, żeby nas usłyszano. Też oczywiście można być głupim i niedoświadczonym, ale wtedy związek z chłopakiem 3-4 lata starszym jest bardziej zbalansowany.
Historia mojej koleżanki zakończyła się typowo – poszła do liceum, znalazła bardziej interesujące towarzystwo, a jej „chłopak” odpłynął w kierunku innej młodszej dziewczyny. Nie wiem, co sądzi o tym teraz, czy utrata dziewictwa w podstawówce na jakiejś imprezie wśród nieznajomych nie pozostawia u niej poczucia wykorzystania i utraty czegoś ważnego. Z dzisiejszej perspektywy dla większości „seks” z uczennicą podstawówki to pedofilia, a nie miłość i raczej niewiele osób broniłoby maturzysty, który „przespałby się” z siódmoklasistką. Na pewno rodzice dziewczynek w tym wieku nie uznaliby tego za równoprawny związek. I słusznie.
Niemniej jednak Afrodyta musiała dorosnąć i w końcu podjęła decyzję o rozstaniu. W opinii znajomych i rodziny stała się potem bardziej radosna, otwarta, więcej rzeczy sprawiało jej przyjemność. Przestała być dominowana przez Piotra, który nie chciał, żeby miała znajomych czy spotykała się ze swoimi przyjaciółmi. To, że zdecydowała się na niezależność, doprowadziło do tragedii.
20 stycznia 1994 roku Afrodyta wyszła ze szkoły, a tam czekał na nią Piotr G. w samochodzie. Poprosił ją, żeby wsiadła. Dziewczyna raczej by tego nie zrobiła, gdyby nie to, że w aucie siedziała też nowa flama Piotra, więc nie czuła się zagrożona. Niemniej jednak nic to nie zmieniło w ostatecznym rozrachunku.
Młodzi wyjechali z Poznania nad jezioro, gdzie często spędzali razem czas. Gdy dojechali do leśnego parkingu Piotr kazał Afrodycie wysiąść z auta, w środku została jego dziewczyna, jak powiedziano w mediach – słuchała radia przez cały czas. Piotr poprowadził Afrodytę kawałek dalej w las. Nie dowiemy się zapewne, co wydarzyło się naprawdę – chłopak utrzymywał, że Afrodyta zdecydowała się popełnić samobójstwo strzałem w skroń, a on potem „dobił” ją strzałem w serce. Potem twierdził, że obydwoje mieli się zabić, ale sam stchórzył. Jednak raczej po prostu strzelił do niej dwa razy po nieskutecznych prośbach o powrót do niego. Później usiłował zamaskować ciało igliwiem, a na głowę włożył jej kaptur. Jak gdyby nigdy nic wrócił do samochodu i zabrał swoją dziewczynę z powrotem do Poznania. Dziwi mnie postawa dziewczyny, bo to raczej niemożliwe, że uwierzyła w wersję Piotra, że Afrodyta się obraziła i postanowiła pójść pieszo na przystanek PKS. Ale możemy spekulować, że wobec niej zachowywał się podobnie jak wobec Afrodyty – zapewne kontrolował ją i dominował w związku, więc po prostu wypełniała jego polecenia.
Tymczasem zaniepokojeni rodzice zaczynali wszczynać alarm, kiedy córka nie pojawiła się w domu o zwykłej porze. W końcu zadzwonił telefon z żądaniem okupu – po nim Eleni natychmiast zaalarmowała policję, która ruszyła na poszukiwania. Piotr G. został ujęty szybko – już kolejnego dnia. Policjanci praktycznie od razu go złamali – przyznał się do tego, że kupił broń i naboje, byli świadkowie, którzy widzieli, że Afrodyta wsiada do jego auta. 22 stycznia zdradził miejsce, gdzie zostawił ciało córki Eleni. W maju kolejnego roku został skazany za zabójstwo na 25 lat więzienia.
Wyrok wywołał kontrowersje, bo wiele osób nie zgadzało się z tym, żeby Piotr G. miał możliwość wyjścia na wolność po zaplanowanej i wykonanej egzekucji na nastolatce. Warto wspomnieć, dlaczego w latach 90 sądy orzekały taką karę, bo teraz pojawiają się głosy w ogóle za zaostrzeniem kar. Od 1988 de facto obowiązywało moratorium na wykonywanie kary śmierci, która została wprowadzona w 1956 roku. W 1989 w związku ze zmianami ustrojowymi wprowadzono też amnestię – wszyscy skazani na śmierć zostali automatycznie przekwalifikowani do odbywania kary 25 lat więzienia. We wtedy obowiązującym kodeksie karnym nie było kary dożywocia, więc była to najwyższa możliwa kara. Ta luka w prawie okazała się wiele lat później brzemienna w skutki – chociażby kiedy zbliżał się koniec okresu kary dla Trynkiewicza, i została załatana beznadziejną ustawą o bestiach. Dożywocie wprowadzono dopiero zmianami KK z 1997 roku, czyli na 2 lata po procesie Piotra G. Sąd podjął więc najlepszą decyzję, jaką mógł wtedy podjąć na podstawie przepisów. Obecnie Piotr G. zapewne dostałby dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie po 25 latach, a więc w 2019.
Piotr G. jednak już od dawna jest na wolności – został wypuszczony z Rawicza w 2007 roku (!) na warunkowe zwolnienie z okresem próby do 2023 roku. Podobno wyjechał z Polski i mieszka w Niemczech pod zmienionym nazwiskiem. Szczerze powiedziawszy, trochę szokuje mnie to, że został wypuszczony po zaledwie 12 latach. W końcu zabił z zimną krwią i zaplanował zbrodnię. O ile wierzę, że można zreformować wymiar sprawiedliwości, tak, żeby nie surowa kara, ale nieuchronna była odstraszaczem, oraz uważam, że więzienia powinny przede wszystkim służyć resocjalizacji, a nie starotestamentowym rozliczeniom, to tutaj nie zgadzam się z decyzją o wypuszczeniu Piotra G. Podejrzewam, że dzisiaj, przy o wiele wyższej świadomości społecznej na temat stalkingu, przemocy psychicznej w związku, sądy nie byłyby tak łaskawe. Powoli zmienia się opinia publiczna i świadomość tego, w jaki sposób działają domowi oprawcy, stalkerzy, czy osoby chorobliwie zazdrosne, jak Piotr. Myślę, że prokuratura na pewno badałaby wątki prześladowania, tego, czy chłopak nawiązywał niechciane kontakty itp. i być może też wcześniej niepokojące oznaki nie byłyby zignorowane jako symptomy czegoś poważniejszego niż zawiedzionej miłości i złamanego serca. Na pewno przesłuchanoby pod tym kątem także nową dziewczynę, która była przecież obecna na miejscu zbrodni.
Warto przy okazji zwrócić uwagę na to, o czym u nas się nie mówi stosunkowo wiele, z uwagi zresztą też na konserwatywny rząd, który z jednej strony zaostrza kary, ale z drugiej nie zauważa, że pojawiły się nowe typy przestępstw, albo zwyczajnie nie odróżnia ich od zachowań psychologicznie prawidłowych, ale uciążliwych. Jest to np. pojęcie „coercive control”, które to zostało wprowadzone na grunt prawny w UK i krajach anglosaskich, a u nas, niestety, nadal mieści się gdzieś pomiędzy anegdotycznymi „łobuz kocha najmocniej”, a „prawdziwy facet zawsze jest zazdrosny i agresywny”. O ile smutek, czy próby powrotu po zakończonym związku to naturalne mechanizmy obronne, to jednak normalny proces psychologiczny działa jak przysłowiowe „co z oczu, to z serca” – brak kontaktu osłabia uczucia zawiedzenia, rozczarowania i bólu, a powrót do równowagi emocjonalnej odbywa się poprzez wsparcie najbliższych, autorefleksję i pracę nad sobą. W typowej sytuacji Piotr G. po pół roku i mając już nową dziewczynę nie przyjeżdżałby nadal pod szkołę byłej.
Myślę, że w pewien sposób jest to adekwatne do tego, co działo się z Afrodytą. Podejrzewam jednak, że gdyby nie miała wsparcia rodziny, aby zerwać, jej związek zmierzałby w stronę przemocy intymnej, a Piotr dążyłby do uzyskania nad nią pełnej kontroli, czyli wpisywałby się w zjawisko opisywane jako coercive control.
Coercive control to zespół działań, które mają na celu zastraszyć i upokorzyć partnera oraz oderwać go od pomocy rodziny czy przyjaciół w celu przejęcia nad nim pełnej kontroli. Jest to przemoc, niekoniecznie fizyczna, ale też psychiczna czy finansowa – zakaz ubierania się inaczej niż chce oprawca, zakaz korzystania z toalety, limitowanie wyjść, wejść, wydatków, sprawdzanie mediów społecznościowych i telefonu, czy na przykład system kar za wyimaginowane przewinienia typu złe spojrzenie lub zbyt późna reakcja na prośbę oprawcy. Jest to swoistego rodzaju tresura, na którą, niestety, podatni jesteśmy wszyscy. Każdego można złamać, uzależnić i uwięzić w świecie chorych wyobrażeń maltretującego partnera. Na coercive control według badań częściej narażone są kobiety – nie tylko partnerki, ale też córki, matki, często jest to wstęp lub element przemocy domowej. Każdego sceptycznego wobec tego, czy coś, co nie pozostawia śladów, jest przemocą, powinna przekonać autobiografia Helen Walmsley-Johnson, w której opisuje lata życia ze sprawcą przemocy z perspektywy ofiary.
Sama Eleni wybaczyła mordercy córki, pojednała się też z jego matką słusznie zauważając, że obydwie straciły dzieci w pewien sposób. Na pewno ciężko jej było, kiedy Piotr wyszedł z więzienia, bo stało się to za wcześnie, aby czas zaleczył rany. Warto jednak wspomnieć, że Eleni, co prawda w żaden zorganizowany sposób, ale z potrzeby serca i chcąc zachować pamięć o córce, spotyka się z nastolatkami i przestrzega przed toksycznymi związkami. Uważam, że to może sprawić, że świadomość zagadnień przemocy i cocercive control przebije się wyraźniej do społeczeństwa i w końcu zaczniemy o tym rozmawiać na serio. Nie emocjonalnie, nie zasłaniając się hasłami o świętości rodziny, czy sile miłości, ale opierając się na faktach, zbadanych mechanizmach i biorąc pod uwagę, że finalny efekt unikania tematu może doprowadzić do śmierci. Wokół przemocy domowej bowiem na razie dominują mity albo źle zrozumiane dogmaty, szczególnie po prawej stronie sceny politycznej, co powoduje opór do podejmowania działań, jak w przypadku konwencji istambulskiej. Mam nadzieję, że rządzący zmądrzeją i zmierzą się z tym zjawiskiem, które u nas jest niedoszacowane i zajmą się nim obiektywnie, a nie przez pryzmat własnych przekonań, bo ich uprzedzenia powodują, że nie dostrzegają lasu zza drzew.
Każda kobieta sama ma tego typu sytuacje lub była ich świadkiem obserwując związki znajomych i naprawdę instynktownie wszyscy wiemy co jest zazdrością, miłością, kłótnią, a co jest maltretowaniem albo oznaką, że coś zaczyna się dziać niedobrego. Nieprawdą jest, że największa miłość to ciągła zmiana amplitudy – kłótnia, godzenie, czy zazdrość o każde spojrzenie lub wyjście z przyjaciółmi. Normalny i dojrzały związek opiera się na szacunku i zaufaniu. Myślę, że często widzimy te różne sygnały ostrzegawcze, ale nie umiemy o tym rozmawiać. Siostrę mojej znajomej mąż bił – ale potem przepraszał, słał kwiaty, więc czułą się kochana, bo właśnie odbierała to jako wysoką temperaturę uczuć, poza tym uderzał tylko raz no i dawał klapsa, kopnął, wyrwał palce ze stawów, nie to że lądowała w szpitalu. Miała rację? Kolejna znajoma – na wakacje jeździli wspólnie z mężem, ale gdy zabierali synka, to ona musiała płacić za siebie i dziecko bo „on nie chciał jeździć z dziećmi”. Bo 3-latek przecież może zostać sam w domu (ironia). Inna koleżanka – zapytała męża o coś, kiedy akurat był zajęty, więc rzucił w nią kubkiem. Potem przeprosił. Później rzucił laptopem, bo za głośno zamknęła drzwi i dziecko się wybudziło. Jeszcze później pilotem, bo otworzyła kopertę wyciągiem z konta, które było tylko jego. Czyjaś kuzynka – nazywana przez partnera „jego kobietą”, nie może spotykać się z rodziną bez niego, a on nie lubi teściów, więc nie spotykają się wcale. Trzeba głośno powiedzieć – to nie jest normalne, nie powinno tak być w związku, nie powinny też tego oglądać dzieci. Nie jest to miłość. Nie jest to zazdrość. Jest to agresja i przemoc.
Oczywiście powyższe przykłady są anegdotyczne, ale podejrzewam, że wiele osób ma podobne doświadczenia lub obserwacje. Czy Afrodyta żyłaby, gdyby rodzina, znajomi, czy służby wcześniej zauważyły, że postępowanie Piotra po zerwaniu nie jest normalne? Ciężko gdybać w tej sytuacji, na pewno teraz, kiedy świadomość rośnie, wszyscy byliby bardziej wyczuleni na sygnały, że coś jest nie tak. Znajomi Afrodyty poruszali te problemy z nią, ale jak to ludzie młodzi – nie mieli narzędzi ani mechanizmów, które pozwoliłyby im coś zmienić. Dlatego tak ważne jest to, co robi Eleni, i edukacja w ogóle – tak jak mówienie głośno o złym dotyku, akcje typu „zupa była za słona”, czy szerzej – w ogóle rozmowa na temat rozwoju psychofizycznego i edukacja psychoseksualna. Ważne są też dobre wzorce, które powinny do nastolatków trafiać nie tylko w domu i w szkole – może czasem trudno w to uwierzyć, ale „Klan” upowszechnił mycie rączek, więc fajny serial, którego misją byłoby zaprezentowanie tego typu problemów mógłby zrobić więcej dla ofiar przemocy niż zwiększanie kar za przestępstwa post factum, czy wyśmiewanie innych rodzajów przemocy przez obrońców tradycyjnych wartości. Chociaż w tym przypadku to raczej pseudoobrońcy, bo nie sądzę, że myślący człowiek, bez względu na poglądy, byłby w stanie bronić oprawcy, który np. zabrania żonie korzystać z toalety, albo zabiera matce emeryturę.
Tę historię pamięta chyba każdy, kto kiedykolwiek szedł w góry. Dwoje studentów w trasie na obóz naukowy zostaje zastrzelonych – nie ma motywu, nie ma tropów, nie ma rozwiązania zagadki. Pojawiają się fantastyczne wątki ze swastyką w tle i bardziej przyziemne, gdzie lokalsi strzegą mrocznego sekretu zabójcy, czy to ze strachu czy to ze źle pojętej lojalności. Z jednej strony ta ogromna tragedia rzuca się cieniem na wiele istnień – rodziny, kolegów, nawet prowadzącego śledztwo, a z drugiej – jest to zbrodnia idealna – bez sprawcy, motywu, narzędzia. Przyznaję, że od dawna wracam myślami do tej historii, bo wydaje się tak nieprawdopodobna – dwie osoby, zabite w biały dzień dosłownie metry od uczęszczanego szlaku i to strzałem w głowę. Przypomniana została przez www.kryminatorium.pl w niedawnym podkaście i znowu zagościła w mojej głowie…
Jest sierpień 1997, dwoje młodych ludzi, jak wiele osób w tamtych czasach, pakuje się, rusza w Góry Stołowe na obóz, no i jak to studenci – na imprezę ze znajomymi. Nigdy jednak nie docierają do bazy. Zaniepokojeni koledzy dzwonią do rodziców i wszczynają alarm. Po 10 dniach młodych znajduje GOPR – częściowo rozebranych, bez butów. Na pierwszy rzut oka wygląda to na rabunek. bo giną rzeczy osobiste, aparat. Jednak część rzeczy odnajduje się kilka kilometrów dalej.
Policyjna machina zaczyna działać, zabezpieczone są ślady, przesłuchiwani świadkowie. Pojawia się informacja o „mężczyźnie w kraciastej koszuli”, który towarzyszył parze w dniu, kiedy wyruszyli na szlak, odnajdują się osoby, które słyszały kobiecy krzyk i odgłosy, które można uznać za wystrzały. Sprawę prowadzi policyjny detektyw Janusz Bartkiewicz, który, jak się później okaże, nie będzie mógł o niej zapomnieć przez kolejne 20 lat.
Mozolnie, krok po kroku, badana są kolejne wątki. Ania i Robert nie są jakoś szczególnie związani z okolicą – Robert co prawda pochodzi z Międzylesia, ale mieszka i studiuje we Wrocławiu, gdzie jest centrum jego spraw życiowych. W Górach Stołowych bywają jako turyści i pasjonaci. Młodzi są typowymi studentami, miłośnikami przyrody, osobami towarzyskimi i energicznymi, bez żadnych sekretów ani dziwnych znajomości – po prostu normalni młodzi ludzie. Wątki osobiste zostają więc szybko wykluczone.
Policja wyklucza też rabunek i motyw seksualny – Ania i Robert nie byli w posiadaniu przedmiotów, których można byłoby się szybko pozbyć za dobrą gotówkę, zresztą też nigdy nie odnajduje się w żadnym lombardzie skradziony aparat, który był chyba najwartościowszym sprzętem pary. Motyw seksualny zdaje się sugerować obnażenie zwłok – jednak napaść na tym tle wyklucza lekarz patolog, śledczym też układ miejsca zbrodni pod tym względem wydaje się zainscenizowany.
Oprócz mężczyzny, którego rysopis został opublikowany w mediach, pojawia się też informacja o innych podejrzanych – bezdomnym z okolic Różanki, z której wyruszyli Anna z Robertem, czy czeskim bandycie rzekomo ukrywającym się w górach przed wymiarem sprawiedliwości. Bartkiewicz kolejno eliminuje wszystkich podejrzanych, ale najgorsze jest to, że tak naprawdę tropy się wyczerpują.
Pojawia się historia o neonazistach rzekomo trenujących w górach – po latach okazuje się, że to całkowicie fikcyjna opowieść wymyślona na potrzeby ratingów jednej z telewizji. Warto zauważyć, że jest ona powtarzana co jakiś czas w różnych mediach pomimo zdyskredytowania i nawet Fajbusiewicz przedstawił ją jako jedną z hipotez co do zabójstwa nawiązując też do informacji rzekomo otrzymanych od byłego milicjanta, który miał wynajmować ośrodek niedaleko miejsca zbrodni, czyli Narożnika, grupie rekonstrukcyjnej zafascynowanej III Rzeszą. Niemniej jednak fikcyjna historia przeradza się w jeden z wątków śledztwa, pod wpływem opowieści milicjanta, pomimo braku faktycznego potwierdzenia przez służby.
Faktycznie ustalono to, że Ania widziała śmierć Roberta, a potem sama została zastrzelona strzałem między oczy. Układ miejsca zbrodni wskazuje na dwóch zabójców, a sposób jej wykonania na to, że byli oni doświadczeni i podjęli działania mające na celu zatrzeć ślady. Nie ustalono broni, z której zabito młodych – prawdopodobnie była to czechosłowacka broń służbowa, potocznie zwana cezetką, pociski pasują też do walthera PPK, który szerszej publiczności kojarzy się jednak z Jamesem Bondem bardziej niż z neonazistami czy pogranicznymi złodziejaszkami. Zginął aparat, zegarek, pamiętnik – ale nie wiadomo, czy zabrali je sprawcy, czy przypadkowe osoby podążające szlakiem.
Ciężko na tej podstawie znaleźć sensowny kierunek śledztwa, więc po roku zostaje ono umorzone. Sprawa jednak nie daje spokoju śledczemu Januszowi Bartkiewiczowi, który ciągle do niej wraca badając wszystkie, nawet najbardziej fantastyczne poszlaki. Ja sama jestem w rozkroku – z jednej strony nie wierzę w zbrodnie idealne, spiski pod znakiem swastyki, które faktycznie robią coś nikczemnego, a nie debilnie lansują się w ukryciu na „zamawianie pięciu piw”. Nie przemawia do mnie też to, że zabójstwo mogło mieć jakiś ukryty motyw związany z życiem Ani i Roberta (krążą legendy o tym, że w studenckim światku na AR handlowano amfetaminą, czy o byłym Ani, który nie mógł pogodzić się z rozstaniem). Ale, z drugiej strony, czy mógł być to całkowity przypadek i zbieg okoliczności?
Zacznijmy od nazioli. Zwolennicy tej hipotezy opierają się na kilku informacjach. Pomijam fejkowy reportaż, ale gdyby nie on tej teorii w ogóle by nie było, co też poniekąd świadczy, że została wykreowana, a nie ustalona w toku śledztwa. Pierwszym argumentem za jest domniemana broń – walthery były używane np. w Katyniu i przez SS. Kolejnym – zbieg terminu, zabójstwa dokonano w dniu urodzin Hessa no i w stylu egzekucyjnym. Zwolennicy tej teorii podkreślają też, że wygląd i ubiór studentów (luźne ubrania, długie włosy) nawiązywał do subkultury totalnie odmiennej od skinheadów i neonazistów, której członkowie byli przez nich prześladowani. Kolejną kwestią jest ten mityczny zlot „militarnych grup rekonstrukcyjnych” zorganizowany w tym samym czasie w Górach Stołowych. Opowiadał o nim u Fajbusiewicza eksmilicjant, który ponoć przyjmował te grupy wiele lat w swoim ośrodku i widział artefakty z czasów wojny, w tym mapy, broń, itp. O ile zjazd mógł się zdarzyć i zapewne się odbył, to jednak doświadczenie życiowe i realia polskie wskazują, że dla naszych nazioli szczytem kreatywności jest tort i palenie swastyki w lesie, a nie rytuał inicjacji polegający na mordowaniu przypadkowych osób. Byłoby wtedy więcej takich przypadków w Kotlinie Kłodzkiej i pewnie kwiecień byłby bardziej obleganym miesiącem, z racji urodzin samego Adolfa. Co więcej, naziści in spe raczej nie mieliby doświadczenia w zacieraniu śladów, jeśli miałaby to być inicjacja. No i chyba każda teoria mordów rytualnych poza może Aztekami została globalnie zdyskredytowana, bardziej to wygląda na rodzimą wersję „satanic panic” czy innej „pizza gate”. Poza tym wyrafinowanie wskazuje na ogarniętą grupę przestępczą, a jakoś ona później nie zaistniała. To co? Po jednej zbrodni się samorozwiązali, czy jeszcze bardziej zakamuflowali i teraz mordują jak duchy?
Kolejna teoria z gatunku telewizyjnych, to intryga a la „Nieznajomi z pociągu”, czyli teoretycznie zbrodnia doskonała. Osią fabularną jest założenie, że bez motywu nie ma możliwości dotarcia do sprawcy. Tutaj głównie przewijają się wcześniej wspomniane wątki osobiste – zazdrość, narkotyki, które jednak nie mają żadnego potwierdzenia w realiach. Nie znaleziono niczego co mogłoby wskazywać na zabójstwo na zlecenie, poza stylem strzału w głowę.
Według mnie prawda może być jednak blisko tej teorii. Sprawca pozostaje niewykryty, bo nałożyły się dwie sprawy – nie ma jasnego motywu oraz- ktoś coś wie, ale boi się powiedzieć. Podobnie jak w sprawie Iwony Cygan – okazało się po latach, że wiele osób wiedziało co tak naprawdę stało się z Iwoną, ale panowała zmowa milczenia. Według mnie prawdopodobny scenariusz osnuty jest na podstawie motywu, którego nie znamy – para mogła przeszkodzić w jakimś działaniu przestępczym lub natknąć się na coś, czego nie powinni byli zobaczyć. Ponieważ byli miłośnikami przyrody być może było to kłusownictwo, z racji lokalizacji mógł to być też jakiś przemyt. Nie zakładam nawet wyrachowania – mogła wywiązać się sprzeczka, napastnicy chcieli postraszyć studentów, którzy mogli idealistycznie i elokwentnie przeciwstawiać się ich działaniom czy robić zdjęcia, a od słowa do słowa doszło do eskalacji. Napastnicy, doświadczeni kryminaliści, postanowili zatrzeć ślady poprzez inscenizację miejsca zbrodni. Nie znali studentów, wiedzieli, że są turystami, więc słusznie założyli, że policja działając zgodnie z procedurami będzie badać tropy prywatne i napadu w pierwszej kolejności. Mordercy działali na tyle pewnie – w biały dzień i tuż przy szlaku, że można założyć, że znali okolicę, być może z niej pochodzili. A w małych miejscowościach zdarza się tak, że lokalna „lojalność” i sekret poliszynela idzie w parze. Być może mordercy studentów, tak jak sprawcy zabójstwa Iwony, mieli jakieś lokalne układy wynikające z ich innej działalności przestępczej i byli w stanie zastraszyć ewentualnych świadków lub kupić sobie milczenie. Ciężko uciec od tych skojarzeń, myślę też, że dobrze opisała taką prowincjonalną kiszonkę ludzką Olga Tokarczuk. Historia Ani i Roberta mogłaby być właściwie preludium tej książki biorąc pod uwagę wątek przestępczy. Jak uczy nas noblistka i życie, prawda prędzej czy później wychodzi na jaw, a zbrodnia zostaje ukarana. Czy tak się stanie i w tym przypadku?
Bartkiewicz badał wątki pasujące do tej teorii. Jeden z nich prowadził do seryjnego mordercy Skorpiona. Jak się okazuje, mieliśmy dwóch o tej ksywce – nie był to jednak Tuchlin, a pijaczek Krzysztof G. Podobieństwem był użycie broni palnej prawdopodobnie z pogranicza czeskiego do morderstwa oraz to, że Skorpion też zabił parę. Jednak Krzysztof G. działał w 2001 roku na przestrzeni krótkiego okresu i szybko został ujęty. Wątpliwe jest to, że rozpoczął karierę kilka lat wcześniej i ucichł, biorą pod uwagę, że później dokonał klasycznego „spree”, bardziej jak urodzony morderca niż Hannibal Lecter.
Kolejnym tropem była sprawa zawodowych oszustów Krystiana Z. i Cezarego D., którzy w tej samej okolicy dokonali podobnego zabójstwa, którego motywem był rabunek. Zamieszczali ogłoszenia o sprzedaży aut z Niemiec i w ten sposób zwabili swoje ofiary. Chętnych kupców zabrali do lasu, okradli i zabili strzałami w tył głowy. Nie pasuje tu jedynie motyw – Anie z Robertem nie mieli pieniędzy. Mogli ewentualnie trafić na tego typu zdarzenie, ale nie ma też dowodów, że Z. i D. rozpoczęli swoją zbrodniczą działalność wcześniej niż w maju 1998.
Podobno wśród zabezpieczonych na miejscu zdarzenia dowodów są również ślady biologiczne, uważam, że to może doprowadzić do przełomu, pod warunkiem, że ktoś zdecyduje się mówić. Minęło ponad 20 lat, świadkowie robią się starsi, przychodzi czas rozliczeń, co też zauważył Bartkiewicz, bodajże w wywiadzie dla „Kryminatorium”. Być może kogoś, kto „jest w pierwszym tomie akt”, gryzie już sumienie i wkrótce sprawa zostanie rozwiązana. Na pewno należy się to rodzinie studentów, ale też Bartkiewiczowi, który obsesyjnie poszukuje prawdy. Uważam też, że mężczyzna z którymi widziano młodych to szczegół wprowadzający w błąd, tak jak „facet z ręcznikiem” idący za Iwoną Wieczorek, a prawdziwy morderca jest bliżej niż myślimy, być może nawet czasem spogląda na Narożnik.
Niemniej jednak wiele osób, podobnie jak ja, dorastało z tą historią. Jest ona idealna na scenariusz, który powinien powstać – być może film obudziłby w kimś jakieś wspomnienie, które pomogłoby w ustaleniu sprawcy, albo zmusił zabójcę do rachunku sumienia. Na pewno gdyby zdarzyła się kilka lat później, to ta historia stałaby się niesamowicie medialna. Co prawda zainteresowanie nie zawsze pomaga – nie udało się wyjaśnić losu Iwony Wieczorek, czy okoliczności śmierci Ewy Tylman, ale to też były sprawy świeże, ciągłe wycieki i nieustające zainteresowanie mediów jeszcze gmatwały śledztwa. Policja w tej sprawie działała naprawdę profesjonalnie, jak na tamte czasy wykorzystano wszystkie tropy i narzędzia śledcze, a wiemy, także na podstawie historii opisanych wcześniej przeze mnie, że to nie jest norma. Myślę, że Bartkiewicz zrobił wszystko, co mógł, a teraz od rozwiązania dzieli nas to, co dzieliło Anię i Roberta od wesołego posiedzenia przy wieczornym ognisku – zbieg okoliczności, przypadek…
W grudniu 1997 roku rozegrały się tragiczne wydarzenia w warszawskim butiku Ultimo. W sklepie padły strzały, sprawca zbiegł zostawiając za sobą makabryczną scenę – dwie postrzelone osoby, małżeństwo, Daniel i Anna J.
Historia ta jednak zaczęła się o wiele wcześniej – od przyjaźni, która przerodziła się w nienawiść, między Anną J. a Beatą K. – koleżankami z pracy. Kobiety poznały się pracując jako ekspedientki w butiku Ultimo. Początkowo dogadywały się bardzo dobrze – były na swoich ślubach, spędzały razem czas towarzysko. Po pewnym czasie Anna awansowała na kierowniczkę, ale Beata nie był jej podwładną, nadal pozostała sprzedawczynią w innym sklepie sieci. Inaczej też się potoczyło ich życie osobiste – Beata rozwiodła się, bo mąż zdradzał ją z koleżanką, także z Ultimo, a Anna była w szczęśliwym związku.
W międzyczasie rozpoczął się też konflikt między właścicielami sieci Ultimo – podobno nawet się pobili. Sytuacja sprawiła, że pracownicy podzielili się na popierających albo jednego, albo drugiego szefa. Nawet kasy rozliczane były podwójnie, butiki też niejako rozdzieliły się na „strefy wpływów”. Dużym problemem były kradzieże polegające na nienabijaniu wszystkich towarów na kasę – różnica zostawała w kieszeni pracownika.
Anna i Beata opowiedziały się każda po stronie innego właściciela. Z zeznań Anny wynika, że Beata była zazdrosna o jej awans i życie osobiste – rodzina J. miała się dobrze, narodziła się im córeczka. Katalizatorem napaści miało być dyscyplinarne zwolnienie Beaty przez jednego z właścicieli zainspirowane przez Annę, która doniosła, że Beata nie nabija utargu na kasę i spóźnia się do pracy. Według Beaty sytuacje prowadzące do zwolnienia były elementem planu Anny i innej koleżanki, żeby się jej pozbyć. Nie wiadomo jednak dlaczego – być może powodem było opowiedzenie się po stronie drugiego z szefów.
Dowiadując się o zwolnieniu Beata zrobiła awanturę w butiku – łącznie z krzykami i policją. „Jej” szef próbował jej pomóc w tej sytuacji proponując pracę w innym sklepie, co jednak było dla Beaty jeszcze gorsze – tam pracował jej były mąż z nową flamą. Zrezygnowana więc rozpoczęła konsultacje z prawnikiem dotyczące złożenia pozwu do sądu pracy.
16 grudnia wieczorem Anna czekała w sklepie na męża, który miał ją odebrać z pracy. Nie pojawili się jednak w domu. Późnym wieczorem w piwnicy sklepu znaleziono małżeństwo J. – obydwoje z ranami postrzałowymi, mąż już martwy, Anna w ciężkim stanie.
Jeśli chodzi o samo miejsce zbrodni to policji nie udało się zabezpieczyć żadnych śladów – broni, odcisków palców, łusek po nabojach, nie było wtedy mowy o DNA. Do rozwiązania sprawy potrzebowano zeznań świadków. Według protokołu, spisanego przez dyżurującego przy rannej policjanta, wskazała ona, że strzelała Beata. Jest to jedyny niepodważalny dowód w tej sprawie.
Podczas śledztwa Beatę obciążył też narzeczony, który powiedział, że był z nią trakcie napadu, ale potem wycofał swoje zeznania. Alibi dali jej teściowe in spe – narzeczeni mieli być u nich na kolacji i rozmawiać o pozwie do sądu pracy. Zostali zresztą przez to skazani za krzywoprzysięstwo.
Cała sprawa zabójstwa w Ultimo kojarzy mi się trochę ze sprawą Stevena Avery’ego ze znanego dokumentu Netflix. I jest też chyba zagwozdką dla systemu sprawiedliwości w Polsce – Beata była kilka razy uniewinniona, aż w końcu po kasacji została skazana na 25 lat więzienia. Pytanie, które mnie nurtuje – czy zeznanie jedynego świadka, którego nie da się potwierdzić w żaden sposób, powinno być ostatecznym dowodem dla sądu? Czy jednak jest tu miejsce na wątpliwość – zwłaszcza w świetle konfliktu między ofiarą a agresorem?
Po pierwsze – motyw. Anna J. sugeruje, że Beata była o nią zazdrosna, szczególnie o jej życie osobiste, no i chciała się zemścić za bezpodstawne jej zdaniem zwolnienie z pracy. Można powiedzieć, że jest to prawdopodobne, a nawet miała tydzień na zaplanowanie zbrodni. Emocje, poczucie krzywdy, brak perspektyw pewnie mogą tak wpłynąć na człowieka, że musi dać im ujście, niejeden nawet w tak brutalny sposób. Zastanawia mnie jednak czemu w takim razie Beata nie dała się poznać jako agresywna osoba wtedy, kiedy mąż ją zdradził z koleżanką – wysłała im na ślub wiązankę pogrzebową, co na pewno jest oznaką pasywno-agresywnej osobowości, ale raczej w przypadku przyszłej morderczyni raczej marną eskalacją. Myślę, że sama mogłabym zrobić coś w tym stylu, wiele kobiet pewnie marzy o takiej małej „zemście”, sama czasem myślałam np. o wylaniu lakieru do paznokci do kieszeni garniturów różnym eksom. Czy to jednak oznacza, że potem bym w szale poszła na miasto zabijać swoich wrogów? Przesłuchujący Beatę policjanci zwrócili uwagę na to, że zachowywała się jak psychopatka – nie dała się złamać, podobno z „błyskiem w oku” mówiła, że jest niewinna. Wyjątkowo wyrafinowana jednorazowa morderczyni. Tego tez nie potwierdza opinia psychologiczna, bo fachowcy uznali ja tylko za skrajną egocentryczkę, ale bez skłonności do rozwiązywania konfliktów broną.
Poza tym życie Anny mogło być do pozazdroszczenia, ale Beata tak naprawdę miała już nowego narzeczonego, w planach ślub, więc wątek osobisty tutaj wydaje się naciągany. Być może chodziło o awans, lub to, że Anna „robiła Beacie koło pióra” pomimo tego, że nie pracowały już razem i nie utrzymywały ze sobą stosunków towarzyskich. Być może to też była forma mikroagresji ze strony Anny, bo pracowała gdzie indziej, z innymi ludźmi – po co jej była awantura z Beatą, zwłaszcza wobec konfliktu właścicieli. Bo albo Anna była tak uczciwa, że obchodziły ją sprawy innych butików, nie tylko swojego, albo też zaplanowała akcję z koleżanką, która pomogła złapać byłą przyjaciółkę na kradzieży. To raczej pachnie jakimiś innymi osobistymi porachunkami. W końcu prawdopodobne jest to, że z takiej „okazji” korzystało więcej pracowników zwłaszcza, jeśli było to zauważalne w utargu. Tylko czy eskalacja prowadziłaby do takiej zbrodni?
W niektórych źródłach pojawia się wątek motywu domniemanych wrogów męża Anny, który według mnie policja potraktowała bardzo po macoszemu. Był on w przeszłości powiązany ze służbami, prowadził nielegalną agencję ochrony – jak już wiemy w tym czasie często oznaczało to koneksje z półświatkiem. Nikt jednak nawet nie poruszył kwestii tego, że pewnie łatwiej jest zdobyć rewolwer do zabójstwa jak się jest przestępcą, a nie ekspedientką w sklepie. Plus scena zabójstwa, której nie powstydziłby się żaden widz CSI – nie ma śladów, co wskazuje albo na ogromnego farta albo jednak na jakieś wyrafinowanie przestępcze. Co jest bardziej prawdopodobne?
Kolejna kwestia, która wskazuje na to, że śledztwo było od początku prowadzone tunelowo, to idiotyczne dowody z miejsca zbrodni. Nie jestem fanką niezłomnej wiary w ślady fizyczne, niemniej jednak w czasach przed „efektem CSI” wydaje mi się dziwne, że kobieta bez żadnego doświadczenia w dziedzinie zabijania była w stanie tak skrupulatnie wyczyścić miejsce zbrodni ze swoich śladów. Pomijam już fakt, że miała na to niewiele czasu, bo morderstwo wykryto w ciągu kilku godzin, a ona jeszcze zdążyła zrobić zakupy po fakcie. Beata profesjonalnie pozbyła się broni i łusek, nie zostawiła śladów ani odcisków palców. Nikt tez nie zadał sobie na serio pytania skąd wzięła broń i naboje – po dodaniu narzeczonego do listy osób obecnych w momencie popełnienia zbrodni narracja się domknęła w ten sposób, że jego ojciec był emerytem policyjnym, więc pewnie od niego zdobyli rewolwer.
Sąd uzyskał opinię biegłego osmologa na temat kasetki na pieniądze, który stwierdził w niej ślady zapachowe Beaty. Wydaje mi się jednak, że bardzo dużym zaufaniem obdarzono tutaj naukę, która w tamtych czasach była w powijakach, w porównaniu do dzisiejszych możliwości. O ile jeszcze wierzę w tropienie śladów zapachowych czy wykrywanie substancji przez psy, to jednak ciężko pogodzić mi się z tą opinią. „Dowód z psa” nie jest dowodem w sądzie, natomiast „dowód z człowieka” tutaj potwierdził, że ślad zapachowy zostawiła Beata. Według mnie jest to dosyć słaba poszlaka, zwłaszcza wobec braku innych fizycznych śladów – zapach zostawiła bez dotykania kasetki, czy ją wytarła? Być może, jeśli są jakieś ślady DNA, to teraz powinny zostać przebadane, ewentualnie opinia powinna zostać powtórzona – technologia przez 20 lat rozwinęła się w tempie niewyobrażalnym.
Kluczowym dowodem są zeznania pokrzywdzonej i kolaborujące zeznania świadków – Anna od początku wskazywała na Beatę, obecni na miejscu zaraz po zbrodni właściciele sklepu natychmiast wspomnieli o konflikcie kobiet, nawet narzeczony powiedział, że Beata przyznała mu się do zbrodni.
To jednak znowu budzi moje wątpliwości – nie uważam, że Anna konfabuluje, pewnie jest przekonana, że widziała Beatę, została też przebadana przez psychologów, którzy potwierdzili, że mówi prawdę. Ale prawda to też nie to samo co wspomnienia. Anna była straumatyzowana, w ciężkim stanie fizycznym – nie dowiemy się dlaczego wersja zdarzeń z pierwszego protokołu różni się od kolejnych (Anna na początku mówiła, że Beata była sama, potem wskazała też na obecność narzeczonego,a w sądzie gubiła się w szczegółach – to jednak akurat może być naturalne przy traumie). Wydaje mi się, że zeznania świadków, którym nie towarzyszą żadne inne dowody, zwłaszcza kiedy świadek wydarzeń odniósł ciężkie obrażenia i był przesłuchiwany prze niedoświadczonych śledczych (w szpitalu Anna nie rozmawiała z dochodzeniówką, ale zwykłym „krawężnikiem”, który był też na miejscu zdarzenia, gdzie szef wspominał o konflikcie z Beatą) powinny być traktowane z ostrożnością. Jeśli niezachowane zostały procedury, to wydaje mi się, że mogło dojść do sugestii ze strony policji. Zwłaszcza, że narzeczony też się nie pojawia w pierwszej wersji zeznań Anny.
Wiele nowoczesnych badań psychologicznych dotyczących zeznań naocznych świadków udowadnia, że w wielu sytuacjach takie zeznania są niewiarygodne. Nie wynika to ani ze złej woli, ani z osobowości świadków, ale z mechanizmów psychologicznych, którym sami podlegamy, a także siły perswazji. Sama miałam okazję kilka razy zeznawać w sądzie czy na policji – jest to ciekawe doświadczenie, zwłaszcza jak człowiek uważa się za osobę prawdomówną i chce pomóc. Po pierwsze – całe pisanie protokołu – albo ręcznie, albo dwoma palcami na maszynie czy klawiaturze – mam do przekazania policjantowi wiele rzeczy, jestem na świeżo, a on z mojego punktu widzenia klepie coś opieszale, każe powtarzać, wtrąca sformułowania, których sama bym nie użyła, typu „ujawniono na miejscu”, a na koniec dostaje się do podpisu protokół – właśnie, protokół, a nie faktyczny opis wydarzeń – wersję lekko ugładzoną, od razu sugerującą w którym kierunku idzie sprawa (nikt normalny kogo ktoś np. potrącił na zielonym nie powie przecież „sprawca nie zachowując ostrożności i nie ustępując pierwszeństwa uderzył we mnie w obszarze przejścia dla pieszych”). Samo zeznanie w sądzie to też ciekawe doświadczenie – też nie można zachować swojego toku myśli, tylko trzeba mówić prawie telewizyjnymi „setkami” – żeby stenotypista zdążył zanotować. Pytania sądu też są czasem takie, że ręce opadają, jakby nie można było mówić jak do człowieka, tylko posługiwać się formułkami z kodeksów, co pewnie ułatwia pisanie uzasadnienia, ale też jakby od razu stawia pewną tezę, w którą zeznania mają się wpasować – wracając do przykładu: jak oskarżonym jest kierowca to sąd może zapytać np. „czy XY wymusił na pani, panu pierwszeństwo”, a jak pieszy – „czy Z wtargnął na przejście”. Sama miałam poczucie, że muszę w jakiś sposób bronić swoich słów, albo je wyjaśniać, ale nie ma na to czasu i tak naprawdę każdy ma swoją formułkę do wygłoszenia, więc powinnam się streszczać. Duże zaufanie sądów do ekspertów i prokuratury na pewno nie pomaga w tej sytuacji.
Kolejna kwestia to nasza własna pamięć, przebyta trauma i cechy indywidualne. Ja w moich sprawach na szybko spisałam swoje doświadczenia, ale teraz, po kilku latach, jak czytam swoje słowa to jest to dla mnie bardziej jakaś opowieść niż moje faktyczne wspomnienie. Jeszcze z własnych notatek jestem w stanie jakoś wyobrazić sobie zajście, bo odnosiłam się do pogody, światła, zapachów, tego, co słyszałam, ale jak już sąd odczytuje mi moje zeznania, to mam takie uczucie, że to chyba nie przydarzyło się mi. Dochodzimy do kolejnej kwestii – jestem ze względu na płeć, wiek, zawód itp. wiarygodnym świadkiem. Sąd mi uwierzył, więc jest takie ziarno niepokoju – co jeśli jednak zapamiętałam coś źle, albo usiłowałam siebie sama jakoś wybielić (nawet niewinny stojąc przed sędziami ma takie uczucie, że musi się jakoś bronić, wierzcie mi). Z drugiej strony – gdybym nie miała tego odruchu, żeby sama dla siebie od razu na świeżo spisać wydarzenia to czy byłabym w stanie je sobie w ogóle przypomnieć? I czy każda inna osoba – bez mojej wiedzy, doświadczenia, zainteresowania tą tematyką, byłaby w stanie przekazać wiarygodne informacje, czy może poniekąd uległaby sile autorytetu osoby w mundurze czy w todze? Ja miałam prostą sprawę – były fizyczne dowody potwierdzające moją wersję. Anna J. nie ma nic.
Wersję z Beatą potwierdził też narzeczony – przesłuchiwany przez policję podważył alibi które zapewnili jego rodzice. Oni z kolei utrzymywali, że feralnego wieczoru młodzi byli u nich na kolacji, a potem wyszli do kwiaciarni – chcieli kupić choinkę, bo święta były prawie za tydzień. Narzeczony szybko się załamał, potem mówił, że policja wymusiła na nim zeznania strasząc współudziałem i tym, że jego rodzice poniosą konsekwencje. I tutaj jestem skłonna mu uwierzyć – był to młody chłopak, miał jakieś 23 lata, można powiedzieć maminsynek, zostawiony sam, nie wiadomo co do końca się stało na przesłuchaniu. Sami rodzice jednak nie ustawali w obronie Beaty – tak często interweniowali w prokuraturze, że aż im zostały postawione zarzuty mataczenia w śledztwie. Jest to tym bardziej dziwne, że też nie ma żadnych dowodów na to, że mówili nieprawdę – tylko słowa Anny. Wystąpienie z takimi zarzutami w trakcie procesu wydaje się być bardziej metodą wpływu prokuratury na sąd w sprawie zabójstwa pana J. niż faktycznie przejawem troski o praworządność. Według mnie prokurator powinien się wstrzymać z takim oskarżeniem do zakończenia procesu, a to sąd powinien ocenić wartość ich zeznań. A pojawiły się też ciche i głośne sugestie, że Beata dostała broń od rodziców narzeczonego i oni pomogli jej zaplanować zbrodnię i zacierać ślady, które wpłynęły na ocenę materiału dowodowego – także niepotwierdzone. Czy plotki lub domysły można nazwać poszlakami? Zaskakująco to ślady fizyczne są w polskim prawie dowodami poszlakowymi, natomiast koronnym argumentem za czyjąś winą jest zeznanie naocznego świadka. Nie ma pola na niuanse.
Historia Ultimo to prawie jak „Dynastia” na tamte czasy. Beatę malowano jako wroga publicznego numer jeden, egoistkę, która dla swojej prywaty jest w stanie poświęcić nawet czyjeś życie, a motywacją jej działań jest tylko destrukcja. Anna z kolei stylizowana na Cristal to ostoja uczciwości, wierności małżeńskiej. Jak widać życie nie jest czarno-białe. Pytanie jaki mi się jednak nasuwa to, czy wsadzenie obu kobiet w takie ramki nie spowodowało, że faktycznie doszło do pomyłki? Z góry założono, że Anna nie może skłamać, a Beata to zimna morderczyni. Od momentu wykrycia zbrodni śledztwo miało tylko jeden tor. Historia też pisze się w tym kontekście doskonale – z jednej strony mamy idealną komórkę społeczną, z drugiej jakąś femme fatale, żywiącą się chaosem. Łatwo zaszufladkować kogoś w ten sposób. Nikt też nie wspomina, że Beata pomimo wyroku 25 lat więzienia cały czas utrzymuje, że jest niewinna. Są jednostki tak zdeprawowane w społeczeństwie to fakt – może to tez kwestia tego, że morderczyni uwierzyła sama sobie i wypiera prawdę. Nie sposób jednak, tak jak sędziowie, którzy przez lata zajmowali się tą sprawą, dokonać jednoznacznej oceny. Chociaż oni też nie byli jednomyślni, o czym świadczą apelacje, zdania odrębne, kasacje.
Doświadczenie życiowe mówi, że to Beata strzelała – świadkowie mają z reguły rację. Tutaj jednak memento powinna stanowić sprawa Komendy – jego tez skazano na podstawie poszlak, m. in. śladu zapachowego, oraz zeznania świadka, który go rzekomo rozpoznał z rysopisu. DNA było, ale nie zostało zbadane, niewinny człowiek odsiedział nie swój wyrok. Paralele sięgają dalej – tam też pojawia się wątek wymuszonych zeznań, brak przyznania się do winy mimo długiego i wykańczającego procesu. Warto się zastanowić, czy w takim razie wiek sędziów ma największe znaczenie w orzekaniu, albo ich proweniencja polityczna, czy jednak coś jest nie tak z całą procedurą śledczą, skoro po tylu latach nadal istnieją takie wątpliwości.
Ja zawsze stoję na stanowisku, że nic nie zastąpi rzetelności policji i mądrego prokuratora – a słupki, przynależność partyjna czy zamówienie medialne na szybką konkluzję sprawy to kwestie, którymi należy się zająć w pierwszej kolejności, a nie wydumane problemy w wymiarze sprawiedliwości leczone gorszym lekarstwem niż choroba przez naszych polityków.
Stoję na stanowisku, że system może się mylić, w końcu wszyscy jesteśmy tylko ludźmi – ale jak już się myli to powinien istnieć mechanizm zabezpieczający – choćby jeden niewinny miał w ten sposób uniknąć skazania, to nawet za cenę wolności jednego winnego jest to wartość, którą trzeba chronić. Prawo też ocenia dowody, a nie winę, o czym często zapominamy sami ferując wyroki na co dzień. Dowody powinny być obiektywne, a nie tworzone na zamówienie opinii publicznej czy na potrzeby narracji w sądzie. W tej sprawie według mnie było wiele zaniedbań, co nie tylko mogło doprowadzić do skazania niewinnej osoby, ale też w pewien sposób pozbawić sprawiedliwości ofiarę – tych kilka apelacji i kasacji na pewno Annie J. i jej rodzinie nie pozwoliło normalnie żyć przez wiele lat. I to też jest wina organów ścigania.
Według mnie w Ultimo od razu stworzono pewną narrację pomijając inne gałęzie śledztwa. I pod tą narrację dopasowywano fakty, plotki, oraz niepotwierdzone informacje. Stąd też sędziowie przez wiele lat mieli taki problem – bo faktycznie sprawa sprowadzała się do słowa przeciwko słowu. Często widać, że w sądzie wygrywa spójna i logiczna narracja, niekoniecznie jak w życiu. W tej sprawie nieścisłości są mało logiczne, ale obrona nie zaoferowała alternatywnej wersji wydarzeń, ale też nie miała jak, bo policja nie badała żadnych innych scenariuszy. Sąd też powołał biegłych, ale od wielu lat mamy w tej dziedzinie zapaść i tutaj tak naprawdę przydałaby się przemyślana reforma.
W 1993 roku Marek Piwowski nakręcił film luźno oparty na skandalu obyczajowym dotyczącym rodziny prominentnego polityka. Pisano, że Piwowski zrobił to, bo był TW, a polityk związany był z opozycją za komuny i czynnie działał w Porozumieniu Centrum. Premiera była miesiąc przed wyborami, więc teorie spiskowe nakręciły temat na imponującą skalę jak na początek transformacji. Film opowiadał historię „zakazanego” związku młodej dziewczyny z dobrego domu z kryminalistą o złotym sercu. Wątki romansowe Romea i Julii na miarę naszych możliwości podlewała ckliwa muzyka Seweryna Krajewskiego. Ja sama obejrzałam ten film dopiero w latach nastoletnich, nie wiedząc nic o tym, że był oparty na prawdziwych wydarzeniach. Z tego co pamiętam to jakoś średnio mi się podobał, bo w ogóle nie rozumiałam motywacji bohaterki, widocznie już w później podstawówce mój cynizm brał górę nad porywami serca. Agata wydawała mi się przerysowana, nie uwierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, a chyba najbardziej było mi jej szkoda, że musiała spać w jakichś niewygodnych łóżkach:) Chyba już od dzieciństwa wiedziałam, że ludzie pochodzący z dwóch światów, którzy nie maja ze sobą nic wspólnego, ale chcą być razem, to bajka, a w życiu jednak najlepiej związać się z kimś, kto nas zna, rozumie, i jest na tym samym etapie. Miłość nie pokona przeszkód typu rozbieżność intelektu, wykształcenia, oczekiwań od życia, poglądów na związek, politykę, czy gospodarowanie pieniędzmi. A już na pewno miłość w znaczeniu pierwszej fascynacji nie jest podstawą udanego związku. Cóż, dlatego też i Cygan i Romeo musieli zginąć, a żadna tego typu historia nie posiada sequela, w którym Julia usiłuje skończyć studia w trzeciej ciąży, a Romeo woli upijać się po pracy z kolegami niż prać przysłowiowe pieluchy w kawalerce komunalnej.
Skandal, czy też „mezalians”, który film Piwowskiego miał niby opisywać, dotyczył córki wicemarszałka Sejmu Andrzeja Kerna – Moniki. Historia prawdziwa wydarzyła się w 1992 roku – Monika – Julia poznała swojego Romea w pizzerii (wątek włoski) i od razu zakochała się w starszym o kilka lat chłopaku. Chodzili ze sobą relatywnie długo zanim doszło do kulminacji zdarzeń, na pewno nie była to kwestia nagłego rażenia pioruna i błyskawicznych życiowych decyzji.
Konflikt młodzi kontra starzy przebiegał po typowej i banalnej linii – Monika miała starszego chłopaka, bez wykształcenia, bez aspiracji, który nie podobał się rodzicom jedynaczki. Oni uważali, że powinna skupić się na nauce i zająć się byciem posłuszną nastolatką. Emocje pewnie wzbierały – kto nigdy nie uważał, że jego rodzice to potwory bez serca, które go nie rozumieją niech pierwszy rzuci kamieniem. Rodzice próbują rozdzielić młodych, stosując metody co najmniej XIX-wieczne – Monika była krótko hospitalizowana na oddziale psychiatrycznym, wysyłają ją do babci, żeby ochłonęła bez kontaktu ze znajomymi i światem. Błędy wychowawcze sprawiają, że konflikt narasta. W końcu 16-latka, za namową chłopaka ucieka z domu, a zdenerwowany ojciec ogłasza w mediach jej porwanie i prosi wszystkich o pomoc. Prasa w pierwszych tabloidowych zapędach opisuje historię postpeerelowskiej pary młodych kochanków w najlepszych nurtach telenoweli – od zakazanego związku, poprzez okrutnego ojca, psychiatryk, aresztowania i przeszukania rodziców amanta, aż po happy end w postaci wesela na 300 osób.
Sprawie jednak towarzyszy podtekst polityczny. Tzw. „dziennikarze wyklęci” lansowali wersję, że Kern był niebezpieczny dla władzy, więc rodzina Maćka – chłopaka Moniki działając wspólnie i w porozumieniu z Urbanem (ze wszystkich ludzi…) chciała wyciągnąć jakieś kompromitując fakty na temat wicemarszałka i wykorzystać historię do pogrążenia PC w wyborach parlamentarnych. Słabym punktem tej teorii jest to, że Kern był wówczas u władzy. Nurt teorii spiskowych jednak od zawsze był obecny w polskiej polityce.
Prawda wyglądała jednak nieco inaczej. Po wielu latach Monika Kern udzieliła wywiadu na temat tamtych wydarzeń. Sama opisała swoją historię miłosną jako banał goniący banał. Zaczęło się od znajomości z chłopakiem z innego świata, pochodzącym z domu pełnego luzu, z „równymi” rodzicami. Jedynaczka z prawniczej rodziny wicemarszałka Sejmu żyła w zupełnie odmiennym trybie – nauka, kontrolowanie, sztywne ramy wychowawcze. Zachłysnęła się więc pozorną wolnością, tym, że ktoś uważał ją za dorosłą, imponowała jej artystowska atmosfera domu Maćka. Kernowie oczywiście nie tak sobie wyobrażali zięcia, ale jak podkreśla sama Monika, nie zabraniali im kontaktu, bardziej próbowali stawiać naukę na pierwszym miejscu, na co durne serce się buntowało. Z drugiej strony Monika nie dostrzegała, że rodzice Maćka pod pozorem przyjaźni też nią manipulują, nie tylko poprzez obsadzanie jej rodziny w roli bezdusznych potworów, ale również podkręcając temperaturę miłości Maćka, która w rzeczywistości nie była aż taka wielka i romantyczna, o czym świadczy choćby to, że małżeństwo przetrwało niecały rok. Bardziej na pierwszy plan wysuwała się tu relacja z matką chłopaka. W końcu matka Maćka przekonuje Monikę od ucieczki informując ją o próbie samobójczej syna (później okazało się, że prawdopodobnie była to próba uniknięcia poboru do wojska). Wyjeżdżają razem (z matką, nota bene) białym maluchem ku zachodowi słońca, czyli trasą na Częstochowę. Kern zgłasza sprawę na policji jako porwanie, a Monika przepada na półtora roku.
Wtedy rozgrywa się najbardziej telenowelowa część historii – Monika opisuje maltretowanie w domu rodzinnym, matka Maćka startuje w wyborach, gazety rozpisują się o domniemanym nękaniu młodych i rodziny przez służby pod wpływem Andrzeja Kerna. Ba! Monika pisze do prezydenta Wałęsy, a on jej odpisuje! Wiele osób ma za złe Jackowi Hugo-Baderowi, że opisał tą historię obsadzając Kerna w roli czarnego charakteru, natomiast warto przeczytać ten artykuł, pt. „Mezalians”, który został opublikowany na łamach Wyborczej w lipcu 1992 roku, bo nie jest to do końca prawdą. Według mnie jest dosyć wyważony, pomimo tego, że role są wyraźnie obsadzone, prawie jak w balladzie romantycznej – rodzina Maćka nie wpisująca się w konserwatywne schematy społeczne kontra wpływowy polityk, który jednak przede wszystkim jest ojcem i przez jego fasadę człowieka z żelaza przebija prawdziwy niepokój o córkę, lejtmotywem jest „czucie i wiara” versus „szkiełko i oko”, a kanwą narracji „w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone”. Gdyby to naprawdę był spisek Urbana, to artykuł nie byłby taki powściągliwy. A już na pewno nie zawierałby cytatów obu stron. Dzisiaj, tak jak zresztą mówiła w prasie Monika Kern, taka historia byłaby na łamach Superaka gdzieś między mamą Madzi, a botoksem telewizyjnych prezenterek i byłaby podlana o wiele bardziej sensacyjnym sosem.
Sama bohaterka uważa teraz, że faktycznie została zmanipulowana przez politycznych wrogów ojca, który w teorii był na liście kandydatów na premiera po upadku rządu Olszewskiego. Nie wydaje się to być do końca tak, bo ojciec Moniki w ogóle nie brał udziału w rozgrywkach między Wałęsą a środowiskiem Macierewicza, a rząd Olszewskiego upadł prawie miesiąc przed dramatycznym apelem w sprawie zaginięcia Moniki – od początku czerwca 1992 miłościwie nam panował „lewy czerwcowy” Waldemar Pawlak. To stało się też podstawą teorii spiskowej lansowanej też przez w ogóle niewiarygodną „dziennikarkę” Kanię – a więc spisek służb, tajnych współpracowników typu Rywin i Piwowski, który miał doprowadzić do upadku partii Kaczyńskich i… w sumie nie wiadomo do czego? Powrotu PRL? Zamachu? (Skądś to znamy). Pani Kania jednak pomija kompletnie, że Kern nie był wcale jakimś trzecim bliźniakiem i członkiem wierchuszki w tamtym momencie, a także to, co się wydarzyło po powrocie Moniki do domu – Kaczyńscy, można powiedzieć, zastosowali wobec niego „ghosting” zanim to było modne. Nie dostał żadnych miejsc na liście, ani funkcji w nowych strukturach, a dawni przyjaciele przestali się z nim kontaktować, co w opisie Moniki bardzo go dotknęło i ciążyło nad nim do końca życia. Plus ten znienawidzony Wałęsa, jakby nie było, stanął po stronie Kerna w tej historii. Więc w sumie równie wiarygodna może być wersja, że Kaczyńscy napuścili media na Kerna, żeby się go pozbyć, czy zdyskredytować, bo może potrzebowali miejsca dla followersów, a nie liderów. W końcu każda rewolucja pożera własne dzieci.
Bardziej przemawia do mnie teoria zakulisowych targów matki Macieja, która w miłostce syna zauważyła okazję do wybicia się, także w polityce. Pozując na artystkę i obrończynię uciśnionych chciała zrobić karierę w nowych czasach, a że trafiła na równie zbankrutowanych moralnie osobników jak biznesmen Baranowski, czy Urban, i przy okazji miała trochę sprytu, to rozkręciła prawie nowoczesna kampanię PR służącą najbardziej promocji jej osoby. Nie byłoby to jednak do końca takie przypadkowe, jak się mogło wydawać, ale sądzę, że na początku to była faktycznie iskra – spotkanie Moniki i Maćka, reszta to już merkantylne układy w nowej rzeczywistości społeczno-politycznej, no i błędy samego Kerna, który nie wyczuł, że miłość kochanków sprzeda się w nowych realiach lepiej niż miłość rodzicielska. A że historia zyskała rozgłos, bo Polacy po latach komuny w końcu chcieli jakichś historii obyczajowych na miarę słowiańskiej Izaury, to nic dziwnego, że ktoś chciał skorzystać z okazji i nakręcił film. Ciężko też zarzucać Rywinowi, że jako producent filmowy go sponsorował – kręcił reżyser „Rejsu”, występowali Stuhr, Raksa, Rewińki, Sapryk, Pazura… Tylko najbardziej wierni followersi prasy wyklętej są w stanie uwierzyć, że wszyscy brali udział w spisku na Kerna, który nie miał żadnych wymiernych skutków. Być może w szerszym kontekście mogło to doprowadzić do upadku PC, ale w ówczesnej sytuacji rozdrobnienia na scenie politycznej za wiele by to nie zmieniło, ale za to teraz dobrze wpisuje się w mit założycielski PiS – odpieranie ataku „wiadomych sił” od zarania (tak jak i wielu partii, które wyłoniły się ze środowiska PC czy ZChN). Na pewno służby były aktywne w tej sprawie, ale jak zwykle przerysowana jest rola polityka, którego skandal dotyczył.
Monika w końcu pogodziła się z rodzicami i wróciła do domu, a romantyczna historia zakończyła się w ciągu jednego dnia bez pożegnań i wyrzutów. Podobno nigdy więcej nie rozmawiała z Maćkiem, a on prawdopodobnie wyjechał i zmienił nazwisko. Julia transformacji skończyła studia i obecnie mieszka i pracuje w Łodzi.
Wydaje mi się, że trafnie podsumował wydarzenia, a właściwie ich medialny przebieg, Marek Piwowski mówiąc, że ludzie przeżywali tą historię podwójnie w kontekście transformacji ustrojowej – z komunizmu, który deklarował równość wszystkich, ale naprawdę zbudowany był na fundamentalnej nierówności, do kapitalizmu, który deklarował równe szanse dla wszystkich, ale korzystali z nich tylko niektórzy, co prowadziło summa summarum do takich samych nierówności społecznych, tylko elity zamieniły się miejscami. Fatalistyczna wizja przyszłości wzmagana jeszcze trudnościami ekonomicznymi i ciągłym zagrożeniem ze strony upadającego ZSRR sprawiała, że ludzie oczekiwali jakiejś nadziei, choćby w tym, że są jakieś siły potężniejsze niż domniemane układy. I tu nagle mają młodych kochanków uwikłanych w zawieruchę historii, no dam sobie rękę uciąć, że każdy eksdemolud ma identyczny film w repertuarze kultury transformacji ustrojowej. Dokładnie ten sam zabieg wykorzystywali poeci romantyczni czy młodopolscy – obrazując cywilizację i jej przejawy jako zagrożenie i proponując powrót do ludycznego i emocjonalnego postrzegania świata. Tu mamy polityka, uosabiającego władzę i moc, kontra miłość od pierwszego wejrzenia jako siłę natury, która nie bierze jeńców i zmiata wszystko na swojej drodze.
Nasuwa mi się jeszcze skojarzenie z niemalże równoległą fabularnie historią w podobnym kontekście politycznym – życiem Marty Kaczyńskiej. Ona także jako zbuntowana nastolatka sprawiała problemy wychowawcze, zaszła w ciążę, co dla konserwatywnego ojca było dużym problemem, także wizerunkowym. Prawdopodobnie pod wpływem rodziny wzięła szybki ślub, małżeństwo jednak zakończyło się równie szybko i na dodatek skandalicznie – ogłoszeniem, że mąż Marty nie jest ojcem jej dziecka. Co więcej – faktyczny tata to syn gonza SLD i byłego SB-eka, obecnie oskarżony o kierowanie grupą przestępczą. Hat-trick obyczajowy, a jednak relatywnie przeszło to bez echa w tzw. konserwatywnym środowisku (no i nikt nie nakręcił o tym filmu, wróć, nakręcono laurkę pośmiertną rodziców z punktu widzenia Marty). Różnicą było to, że Marta w sumie słuchała rad rodziców i korzystała z ich pomocy, a na pewno nie uciekała z kochankami z rodzinnego domu. Teraz niestety zgrywa nawróconą. No ale nie od dziś wiadomo, że konserwatywna dewiza działa tylko w jedną stronę „rób jak mówię, nie jak robię”.
Wydaje mi się, że co by nie powiedzieć o obydwu kobietach, to jednak ich wybory są pokłosiem pewnych podobieństw i różnic w wychowaniu i atmosferze ich domów rodzinnych. Na pewno konserwatywne wychowanie powoduje większy bunt – w końcu zakazany owoc smakuje lepiej. Monika Kern utrzymuje, że jej dom rodzinny był pełen ciepła i rozmów, nie sposób jednak nie czytać między wierszami z wypowiedzi je i jej rodziców. Czy gdyby wszyscy byli otwarci i umieli ze sobą rozmawiać, to dom Maćka wydawałby się jej tak atrakcyjny? Z wypowiedzi ojca wynika, że traktował córkę jak dziecko, wręcz opisywał, że spała z przytulankami, jakby nie zauważył, że 16-letniej dziewczyny nie może traktować jak 10-latki bez powodowania konfliktu osobowości. Wydaje się to jakby pokłosiem teorii, że dzieci są poniekąd własnością rodziców do osiągnięcia dorosłości. Konserwatywne tendencje w wychowaniu zakładają, że dryl, zasady, tresowanie są bardziej skuteczne niż nauka na własnych błędach, oraz nie uznają, że dziecku trzeba coś tłumaczyć, a tylko oczekiwać posłuszeństwa, bo wola rodzica jest ponad indywidualizmem dziecka. Wydaje mi się, że wiele osób po pierwsze nie dostrzega osobowości swojego dziecka, tylko widzi wydumany obraz na podstawie własnych oczekiwań, a po drugie traktuje je jak maskotkę, bez zbytniej empatii. Dlatego ktoś, kto zwraca uwagę na zdanie i opinie młodej osoby wydaje się tak pociągający. Matka Maćka pozwalała Monice się wypowiedzieć, traktowała ja ze zrozumieniem, którego być może do końca nie miała w domu. Podobny mechanizm wykorzystują wszyscy drapieżnicy – pedofile, sekty, toksyczni partnerzy – najpierw bombardują miłością, a potem uzależniają ofiarę od siebie. Błąd rodziców polega tu na tym, że nie mają żadnej autorefleksji i zamiast korzystać ze swoich doświadczeń młodości, aby budować związek z dzieckiem w kolejnych etapach jego życia, zatrzymują się nad etapem opiekuna 6-latka, albo płynnie przechodzą do bycia tym 6-latkiem samemu. W pewnym sensie dzieci na zawsze zostają dziećmi w tej relacji – rodzic potrafi 30-latkom od dawna na swoim wypominać, że źle prasują skarpetki czy to co chyba teraz najczęściej się zdarza – krytykować osobiste wybory typu np. rozmnażanie uważając, że nadal „wiedzą lepiej” tylko z powodu wieku. Z drugiej strony są rodzice roszczeniowi, klienci dziecka, którzy oczekują oddania „długu” wychowawczego poprzez realizowanie tych celów, których sami nie osiągnęli (mam kilka takich znajomych, które czują się winne w relacji z matkami, bo matki urodziły je wcześnie, rzuciły studia itp, więc oczekują, że córki przeżyją ich życie w zastępstwie). Relacje z rodzicami są niełatwe zwłaszcza, kiedy jeden z nich dominuje – zauważmy, że w całej historii nie ma matki Moniki, a teściowa staje się surogatką pewnego rodzaju jako matka-przyjaciółka, do której może przyjść ze swoimi problemami i opiniami. W domu zdaje się dominować ojciec, jego zdanie, jego praca, także po całej historii – jego los i pamięć o nim. Nie ma miejsca na Monikę. Łatwo mi wyobrazić sobie, że życie z silną osobowością, przeświadczoną o swojej wyjątkowości i misji, może dopiec, szczególnie w tak specyficznym wieku jak naście lat, kiedy to samemu chce się być w centrum wydarzeń, a nie być tłem dla kogoś innego. Bunt Moniki to oderwanie się jako samodzielny element od osobowości ojca, który w ogóle nie rozumie, że ktoś mógłby chcieć czegoś innego, niż on. Myślę, że w przypadku Marty z kolei wiele dała osobowość przede wszystkim matki – Marii. Ona ukształtowała i Lecha jako ojca, i Martę, jako kobietę. Nie zgadzam się w ani jednym procencie z tym, co Marta robi teraz, ale wydaje się, że mądre macierzyństwo Marii Kaczyńskiej pozwoliło jej przejść przez bunt mniej boleśnie niż Monice, a także dało wsparcie w podejmowaniu niełatwych decyzji osobistych. I te dzisiaj napiętnowane jako „lewackie” poglądy byłej prezydentowej na pewno pomogły Marcie rozwijać się i dorastać bardziej harmonijnie. Niestety teraz wybrała stronę tępego konserwatyzmu, utraciła ten element stabilizacji i empatii, którym była jej matka. Odwrotnie zresztą niż Monika, która nie ukrywa, że jest na drugim biegunie od poglądów ojca, ale mimo wszystko nadal stoi na straży jego pamięci.
Jednocześnie po latach widać, jak wiele się zmieniło i nie zmieniło w naszym kraju. Na pewno teraz dzieci mniej się buntują, co też jest pokłosiem naszego wychowania – nie chcemy traktować naszych dzieci tak, jak nas traktowali rodzice. W domu jest więcej luzu, rozmowy, rodziny nie są tak hierarchiczne jak rodzina Moniki. Dzieci też wydaje mi się są bardziej dojrzałe w kontekście emocjonalnym, bo jest w domu więcej oparcia, zainteresowania i kontaktu. Nasi rodzice sami zostawali rodzicami jak byli jeszcze gówniarzami, często też nie mieli szansy poznać się nawzajem przed ślubem – no bo jak 23-latkowie mieszkający kątem u teściów, którzy po roku od pierwszej wspólnej nocy mają już dziecko mają mieć jakikolwiek pogląd na wychowanie? Zajmują się głównie przetrwaniem, często ich role w rodzinie są już obsadzone przez krewnych, więc też nie mają za bardzo wyjścia. Teraz dystans fizyczny od rodziny i większa dojrzałość przy tworzeniu związków powodują, że ludzie także w dziedzinie wychowania próbują się dokształcać, nie opierają się tylko na powielaniu starych schematów, bo „tak było zawsze”, że „dzieci i ryby głosu nie mają”. Nie znam ani jednego związku wśród moich znajomych, w którym ojciec miałby taką władzę w domu jak ojciec Moniki, czy dążyłby do wychowywania dzieci poprzez absolutne posłuszeństwo. Natomiast wśród znajomych moich rodziców wiele jest par, które właściwie nigdy ze sobą nie rozmawiały, a dzieci wychowały przypadkiem – wystarczyło dać im jeść, zapewnić ubranie i miejsce do spania i zająć się swoimi sprawami.
Z drugiej jednak strony cała historia Moniki w kontekście „głupiej dziewczyny” co narobiła problemów ojcu i być może zmieniła losy kraju na gorsze, wpisuje się w stereotyp, który pewne grupy społeczne lubią lansować od czasu do czasu – kobieta jako ta emocjonalna, nie panująca nad sobą, którą trzeba kontrolować – jej ciało, umysł, wybory, bo sama z siebie będzie postępować tylko impulsywnie i, z punktu widzenia mądrego mężczyzny, który chce ją ocalić przed samą sobą – idiotycznie. Zachowanie odbiegające od męskiej normy to histeria, a decyzje są wypadkową tylko i wyłącznie cielesności – np. hormonów. Każda reakcja kobiety jest sprowadzana do biologii – wystarczy poczytać komentarze chociażby pod artykułami o feminatywach, żeby zobaczyć, że są to problemy albo starych bab, albo histeryczek, albo niewystarczająco zaspokojonych czy brzydkich i grubych. Drugi aspekt tego stereotypu to brak inwencji – kobieta jest tylko bezwolnym przedmiotem działań męskich – ojca, Cygana, lekarzy w psychiatryku, SB-eków, a jak już coś robi, to dlatego, że ktoś ją podpuścił. Takie trzeba izolować od decyzji, umniejszać ich rolę, ewentualnie mogą stanowić element umilający życie. Tego typu kobietki dobrze sprawdzają się w domu, robi się im dziecko, żeby się nie nudziły, oczekuje się od nich poświęcenia dla męża, dzieci, rodziców, teściów i wszystkich innych, którzy czują, że mogą im wejść na głowę.
Czy taka historia mogłaby się wydarzyć dzisiaj? Pewnie tak, ale raczej nie sądzę, żeby ktoś się tak bardzo ekscytował ewentualnym romansem Kingi Dudy np. z kierowcą Ubera. Może Vega by nakręcił jakiś film na ten temat, tylko chyba Adamczyk/papież/Szopen za stary na niewinnego amanta, co jednak zapewne nie przeszkodziłoby w obsadzie. Po pierwsze społeczeństwo ma już tyle bodźców, że nie jest to żadna nowość, po drugie – rządzą u nas populiści, historie wyssane z palca i nakręcone przez tabloidy dzieją się 4 razy dziennie. Nic już nas nie zszokuje, ani nie porwie nigdy już nie będziemy medialnymi dziewicami jak 20 lat temu, kiedy uwiódł nas Tymiński. Nawet Drzyzga przeszła na emeryturę. Chociaż to, co napisał Piwowski jest w sumie nadal aktualne – naród czarno widzi przyszłość, ciągle kreowani są jacyś wyimaginowani uprzywilejowani wrogowie, a mesjanizm się odradza, bo jedyna nadzieja, że jakiś pałac czy łuk triumfalny ocali nas jak Matka Boska Warszawę w 1920.
12 kwietnia 2001 r. w Warszawie doszło do zabójstwa na zlecenie mafii – zastrzelony został były polityk Jacek Dębski, co było ewenementem w Polsce, nawet jak na tamte czasy. Był to początek końca rywalizacji Pruszkowa z Wołominem, a epoka mafiosów, podkładania bomb i strzelanin dogorywała. Teraz chodząc ulicami Warszawy ciężko sobie wyobrazić, że w sumie nie tak dawno temu można było oberwać przypadkową kulkę idąc np. do galerii handlowej, albo zginąć w zamachu bombowym na jakiejś dyskotece.
Polska po upadku komunizmu nie była wyjątkiem wśród państw satelickich i byłego ZSRR jeśli chodzi o rozwój zorganizowanej przestępczości. Tam, gdzie wycofał się wszechwładny aparat państwa, wkraczał wolny rynek, a wobec słabości struktur władzy odziedziczonego po PRL – pojawiała się szansa dla ludzi z niezbyt dolegliwym sumieniem i brakiem skrupułów. Wymuszanie haraczy, handel żywym towarem, narkotyki to była rzeczywistość, w którą wkraczali niezagospodarowani młodzi z podwarszawskich gmin, którzy nie załapali się na transformację. Zachód wkraczał z całym dobrodziejstwem inwentarza. Biznesmeni też specjalnie nie mieli wyjścia – opłata za „ochronę” była elementem biznesplanu, bo jak nie Pruszków, to Wołomin, jak nie Wołomin, to policja. Korupcja była na porządku dziennym, a Kazikowy „trzeci grosik” pod stołem gwarantował jako taki spokój w rozwijaniu firmy. Patrząc wstecz dopiero można zobaczyć, jak długą drogę przeszliśmy od lat 90, bo teraz porachunki mafijne na ulicach znamy tylko z amerykańskim filmów.
W czasie tuż po transformacji ustrojowej rozgrywa się też historia Inki, czyli Haliny G. – jedynej skazanej w sprawie zabójstwa Dębskiego. Niewiele wiadomo o jej przeszłości – na pewno była pełna przemocy, Inka pochodziła z Otwocka, wychowała się w patologicznej rodzinie i bardzo wcześnie zaczęła wkraczać w półświatek. Związała się z Adamem Sz. z gangu Baraniny, który zginął w odwecie za zabójstwo innego gangstera z ekipy wołomińskiej. Adam Sz. został spalony w polonezie, a obok jego zwłok kiler mafii zostawił w teatralnym geście (i chyba niekoniecznie zgodnie ze znaczeniem, które miała na myśli Cosa Nostra) martwą rybę.
To było punktem zwrotnym dla Haliny G. Inka podobno bardzo przeżyła śmierć narzeczonego. Jednak wkrótce została zagospodarowana przez jego szefa. Zaczęła uczyć się języków, rozpoczęła pracę sekretarki w zagranicznej firmie, jako młoda i ładna dziewczyna szybko nawiązywała kontakty w świecie biznesu i polityki. Na pewno podążała ścieżką kariery, którą rozpoczynało wtedy wiele młodych kobiet – ze znajomością języków i reprezentacyjnym wyglądem wkraczały w świat biznesu, pieniędzy, znany z gazet i zagranicznej telewizji.
Inka na pewno znała swoje miejsce w strukturze grupy przestępczej Jeremiasza B. Szybko zyskała zaufanie szefów i zaczęła robić karierę. Została skierowana na odcinek, który dzisiaj można by było nazwać wywiadem gospodarczym i PR-em. Stanowiła przyjemny front organizacji przestępczej Baraniny. Niektórzy utrzymują, że była ekskluzywną prostytutką do gromadzenia haków na biznesmenów i polityków, co pewnie częściowo jest prawdą. Sama Inka przyznała, że była kochanką Baraniny, jeździła z nim na wakacje i wykonywała drobne zlecenia typu transport waluty. Była wierna szefowi – nie skorzystała z opcji wyjścia z układu z mafią w 1996, kiedy jeden z kontaktów handlowych, Francuz Jerome B., oświadczył się i wyszedł z propozycją przeprowadzki do Francji. Spoiler alert – po skazaniu Inka zmieniła danie i wyszła za niego za mąż w więzieniu.
Na pewno jednak jej błyskotliwa kariera zakończyła się 12 kwietnia 2001 roku w pizzerii, nomen omen, Cosa Nostra (niektóre źródła nazywają ją też mniej złowrogo – Casa Nostra). Dębski, który po odejściu z polityki zaczął obracać się w półświatku, Inka i reszta towarzystwa spędzali wieczór w przyjemniej atmosferze na warszawskiej Saskiej Kępie. W pewnym momencie Inka odebrała telefon, a chwilę potem zaprosiła Dębskiego na spacer w kierunku Mostu Poniatowskiego. Tam rozlegają się strzały, polityk pada na ziemię, a Inka odjeżdża taksówką. Dębski umiera niewiele później w szpitalu.
Na temat roli, jaką Halina G. odegrała w zabójstwie Dębskiego, oprócz wersji oficjalnej potwierdzonej w procesie krąży wiele różnych historii, od tym, że była pionkiem i ofiarą B. aż po stawianie jej w czołówce kobiet mafii w Polsce. Mnie fascynuje to, że przypisuje się jej rolę prawej ręki Baraniny, a jednocześnie tabloidy lansowały jej historię antyKopciuszka – wplątanej w zdarzenia ponad jej percepcją mimozy uratowanej przez rycerza na białym koniu.
Jeśli chodzi o ustalenia procesowe, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Inka została poniekąd ofiarą zakulisowych układów. Dzień po zabójstwie zgłosiła się na policję przedstawiając wersję finansowej motywacji zlecenia zabójstwa. Podobno Dębski niezadowolony z tego, że jeden z podwładnych Baraniny przywłaszczył sobie jego pieniądze, domagał się interwencji bossa i zwrotu całej sumy. Zdenerwowany gangster zlecił więc rozwiązanie problemu Tadeuszowi M. – „Saszy”, ale inaczej niż wyobrażał to sobie były minister. Sasza dostał rozkaz załatwienia Dębskiego, a Inka miała go wystawić na strzał tamtej nocy. Dziewczyna została oskarżona o pomocnictwo w zabójstwie, a wobec Baraniny zaczęło toczyć się śledztwo w sprawie jego zlecenia. Warto zauważyć, że poza zeznaniami Inki nie było żadnych dowodów na taką wersję wydarzeń. Były dowody z nagrań Jeremiasza B. i M. i billingów potwierdzające zlecenie i tyle.
Sąd uznał, że Inka brała aktywny udział w przestępczej działalności Baraniny, w zeznaniach próbowała umniejszać swoją rolę, a tak naprawdę wywabiła Dębskiego na rozkaz Baraniny. Potwierdza to fakt, że nie została zlikwidowana razem z celem. Taką wersję uprawdopodabnia też kariera Haliny G. w strukturze mafijnej – z dziewczyny podrzędnego gangstera do zaufanej bossa, która miała za zadanie wydobywać informacje od ważnych osób swoimi wdziękami. Jako kochanka B. mogła mieć dostęp do planowanej operacji na byłym ministrze. Według prokuratury i policji zajmowała miejsce przy stole, gromadziła haki i sterowała wydarzeniami z tylnego siedzenia. Domniemywano na przykład, że ma wiedzę o zabójstwie komendanta policji Marka Papały.
Wydaje się to jednak dosyć nieprawdopodobne w kontekście wiedzy o mafii. Z reguły to męska gra, a dziewczyny to dodatki, symbole statusu, a jeśli pracują dla mafii, to jako prostytutki, muły narkotykowe. Nie można chyba powiedzieć, że jest to wybór, raczej strategia przetrwania, szczególnie dla kobiet od małego warunkowanych przemocą, czy to w domu rodzinnym, czy w środowisku. Nie każda dziewczyna mafiosa zostaje Słowikową, a jest to raczej wyjątek. Taka Inka pochodząca z patologii wiedziała, że krok w tył to krok w stronę środowiska, z którego chciała się wyrwać. Być może świadomie uczestniczyła w organizacji przestępczej, ale teoria, że miała wpływ na decyzje Baraniny jest chyba zbyt daleko posunięta. Baranina był żonaty, a jego żona aktywnie uczestniczyła, w przynajmniej biznesowej części działań B. Inka, sądząc po sprawach, jakimi zajmowała się dla B., nie była ważną postacią w organizacji, owszem, była kochanką, ale przemyt waluty czy chodzenie po klubach z biznesmenami to nie jest podstawa interesów mafii. Czy mogła nie odebrać telefonu tego feralnego dnia? Pewnie tak, tylko czy długo by jeszcze potem pożyła? Plus sam fakt, że zgłosiła się na policję – albo bała się o swoje życie, albo była pionkiem na większej szachownicy niż interesy B. i niespłacone pożyczki, lub była to ustawka. Śledczy uznali, że przyszła do prokuratora, ponieważ mleko się rozlało, bo postronni wiedzieli, że wyszła z lokalu z Dębskim, ale była pewna siebie i myślała, że swoją inteligencją i sprytem zdoła ich przechytrzyć. Wersja sądowa zdaje się potwierdzać tę narrację – błyskotliwi policjanci pokonali w walce na słowa wyrachowaną przestępczynię, która w końcu przyznała się do winy. W tym scenariuszu jednak zakłada się większą wiedzę Inki na temat aktywności przestępczej na styku polityki i mafii, która jednak nie została wykorzystana później operacyjnie, a nawet policja wydawała dementi, na temat innych spraw . o których niby Inka ma mieć wiedzę. Czy taka twarda sztuka nie chciałaby „sprzedać” informacji za mniejszy wyrok i współpracę? W końcu i tak zaczęła sypać i była spalona, czemu nie wykorzystać tej sytuacji sposobem „na Masę” i nie zostać świadkiem koronnym?
Wersja, która mnie wydaje się prawdopodobna jest trochę inna – Inka faktycznie zgłosiła się na policję, bo zaczęła się bać. W końcu jej narzeczony zginął w mafijnych porachunkach. Z drugiej strony być może ktoś chciał naprowadzić policję na wątek finansowy zabójstwa, niekoniecznie w kontekście teorii spiskowej o UKFiT, ale może innych zależności biznesowych Baraniny. Być może nie chciała już być kochanką, albo straszniejszy gangster zwerbował Inkę, żeby za jednym zamachem wyeliminować konkurencję i przejąć lukę po jej upadku w zamian obiecując „opiekę” w areszcie i emeryturę po odsiadce. Ponadto na początku policja straszyła ją dożywociem (za pomocnictwo w zabójstwie kara jest taka sama jak za jego dokonanie), a w sądzie Inka mimo wszystko odmówiła składania wyjaśnień. Dostała 8 lat za pomocnictwo, więc można powiedzieć, że została kozłem ofiarnym, chyba sam prokurator nie spodziewał się, że utrzyma się taka kwalifikacja czynu (wysoki to wyrok, bo po pierwsze – poszła na współpracę podczas wiedeńskiego śledztwa w sprawie Baraniny, a po drugie – nie oszukujmy się, jak na to, że była kobietą i na towarzystwo, w którym się obracała, to nadzwyczajna surowość; nawet Słowikowa wyszła po 2 czy 3 latach i tylko skazano ją za narkotyki i lewe zwolnienia a zarzuty kierowania grupą przestępczą upadły). Różnica jednak jest taka, że przeżyła więzienie, w przeciwieństwie i do zleceniodawcy jak i wykonującego zlecenie zabójstwa Dębskiego, co może świadczyć o tym, że ktoś faktycznie gwarantował jej bezpieczeństwo. Osobiście nie do końca wierzę w falę zabójstw na zlecenie w polskich więzieniach pozorowanych na samobójstwa, natomiast wierzę, że mafiosi i inni wysoko postawieni ludzie mogli używać wpływów sięgających do celi, żeby swoich żołnierzy doprowadzić do samobójstwa. Bardziej prawdopodobne dla mnie jest to, że Inka przypadkowo wygrała podwójnego totolotka – nie dość, że uwolniła się od bossa sypiąc go na policji, to jeszcze trafiła na ten moment, kiedy AWS się kończył, Lech Kaczyński jako prokurator generalny przygotowywał się do założenia swojej partii i chciał wypłynąć na wizerunku twardego, walczącego z korupcją i skutecznego. A jakby nie było, dzięki zeznaniom Inki sprawa zabójstwa Dębskiego została rozwiązana praktycznie w ciągu jednego dnia (pomijając poszukiwania cyngla, którego nie chciała wydać od razu). Poza tym wygodnie dla partii rządzącej i jej środowiska pominęła wątek polityczny (bez względu na to, czy miał on jakieś oparcie w rzeczywistości czy nie, pewnie nie), który potem usiłował lansować Baranina.
Jest też bajkowa teoria o zniewolonej piękności, która przez trudności w końcu dotarła do (domniemanych) gwiazd, lansowana przez różne superaki i dająca kanwę słabym scenariuszom filmów o mafii. Ujęcie pierwsze – Kopciuszek z Otwocka poznaje księcia nr 1, dzięki któremu chce uciec od biedy i patologii. Książę jest jednak także złym chłopcem, który wciąga ją w sprawy półświatka i ginie jako żołnierz przestępczego bossa. Kopciuszek nie ma wyjścia – przyjmuje strategię przetrwania zostając kobietą mafii i kochanką złego króla. Poznaje drugiego księcia, ale jest już uwikłana, więc chcąc go ocalić odrzuca uczucie, przebiera się w oślą skórkę i cierpi w milczeniu. W końcu dokonuje niewypowiedzianej zbrodni – przyczynia się do zabójstwa człowieka, co staje się punktem zwrotnym w jej życiu. Morderca miał zlikwidować i ją, ale urzeczony jej urodą pozwala jej uciec (jedna z teorii śledztwa wskazywała, że Inka miała być zlikwidowana z Dębskim, ale Sasza był w niej zakochany, dlatego pozwolił jej odjechać z miejsca zdarzenia). Kopciuszek, jako humanistka i w głębi duszy dobra dziewczyna, nie może pozwolić, aby jej czyn pozostał nieukarany, więc zgłasza się do organów ścigania i opowiada całą prawdę. Odsiaduje swoje w celi, a wtedy książę nr 2 powraca na białym koniu, żeni się z nią, a po zakończeniu wyroku porywa ją do swojego magicznego zamku nad Sekwaną, w Wiedniu, czy gdzie tam jeszcze gmin wyobraża sobie telenowelowe zakończenie love story. Klasyczna zbrodnia, kara i nagroda jak z bajki. Możliwy jest nawet sequel, gdyż książę nazywa się dziwnym dla niektórych zbiegiem okoliczności Jerome B., prawie jak dawny mocodawca, Jeremiasz B., który popełnił samobójstwo w areszcie. Oczyma duszy widzę potencjał na polską wersję „Queen of the South”(ern Wołomin).
Na kanwie tej historii nakręcono zresztą film, w którym w postać inspirowaną Inką wcieliła się Anna Przybylska. Film tak tragicznie zły, że kinomani zaczęli podejrzewać, że służby manipulowały scenariuszem i produkcją, bo był zbyt bliski prawdy. Nie zmienia to faktu, że sprawa zawładnęła zbiorową wyobraźnią, bo w sumie nic takiego u nas się nie działo wcześniej, a tematyka korupcji, sekretów wyższych sfer i szemranych demaskatorek typu Anastazja P. dopiero nabierała wiatru w żagle w nowych realiach politycznych, bo pojawiły się też pieniądze i władza, której można było pożądać. Niemniej jednak Inka, ta zmyślona i malowana przez media i ta prawdziwa, zyskała chwilową sławę.
Pewne jest to, że Inka nie dość, że przeżyła swoich mocodawców, to rozpoczęła nowe życie będąc wciąż młodą kobietą i to u boku nowego mężczyzny. Plotki, aby była objęta programem ochrony świadków, są jak zwykle przesadzone. Inka przybrała nazwisko francuskiego męża i wyjechała z nim za granicę w dniu opuszczenia więzienia. Teorie spiskowe z jednej strony nakręca legenda o wiedzy Haliny G. o układach politycznych i mafijnych za czasów rządów AWS, a z drugiej to że tak naprawdę jest jedyną osobą, która wyszła z tej historii bez szwanku. Prawda jest jednak taka, że między 2001 rokiem, kiedy Inka trafiła do aresztu, a kwietniem 2009, kiedy wyszła z więzienia, realia zmieniły się nieporównywalnie. Pruszków i Wołomin zostały rozbite, większość gangsterów poszła siedzieć lub została zabita, szemrane biznesy zaczęły wkraczać na legalną ścieżkę, również dzięki powolnej odbudowie struktur państwa, zmianie pokoleniowej w służbach i ukróceniu korupcji. Byli mafiosi wręcz zaczęli robić drugą karierę po wyrokach bazując na złej sławie – jak np. Masa, pierwszy mafijny celebryta RP. Przestępczość zorganizowana została w dużej mierze ograniczona, może nie w społecznej świadomości, ale realnie tak. Też zaczęło wychodzić na jaw, że stare śledztwa przeciw mafii opierały się w głównej mierze na zeznaniach świadków koronnych, co teoretycznie jest świetnym materiałem, przynajmniej do momentu kiedy świadek jest wiarygodny i nie konfabuluje, a policja ma inne dowody potwierdzające jego słowa (taki Masa na pewno ściemnia o wielu sprawach w celach zarobkowych i jego opowieści można włożyć między bajki, a wierzy mu chyba tylko Patryk Vega). Można założyć, że gdyby Inka zginęła z Dębskim albo nie zgłosiła się na policję, to sprawa Dębskiego toczyła by się jak sprawa Papały – są teorie, są domysły, ale fakty nie potwierdzają żadnej wersji. Tu przynajmniej świadek wydarzeń przedstawia jakąś narrację, a sprawę można odhaczyć. Zwłaszcza, że alternatywną teorię przedstawił Baranina usiłując przepchnąć scenariusz mordu politycznego rodem z „House of Cards”, gdzie Dębski odmówił szantażowania prezydenta Kwaśniewskiego. Jak jednak uczy nas historia i Frank Underwood – nikt z zabójstwem politycznym nie czeka kilka miesięcy, a już na pewno nie do momentu udzielenia wywiadu przez demaskatora. Zresztą wyobraźmy sobie taką wersję political fiction – prostytutka o anielskiej twarzy Anny Przybylskiej zaangażowana w zabójstwo drugoligowego polityka, w tle Korwin jako jego polityczny ojciec, Kwaśniewski jako pionek w grze szantażystów, Lech Kaczyński zamykający sprawę w 24 godziny zeznaniem panienki lekkich obyczajów i byli funkcjonariusze UOP ustalający wersję zdarzeń z odzywkami a la Linda z „Psów”. Brzmi jak Vega? No właśnie.
Wszyscy pamiętamy sprawę zabójstwa małej Madzi z Sosnowca. Medialny cyrk uruchomiła wiadomość o porwaniu 6-miesięcznej dziewczynki z wózka podczas spaceru. Zdjęcia Madzi nie schodziły z pierwszych stron gazet, oferowano nagrodę za zwrócenie dziewczynki, a w poszukiwania zaangażowało się wiele osób z Sosnowca i okolic. Niedługo potem prawda jednak wyszła na jaw – Magda została zamordowana przez matkę – Katarzynę W.
Porwanie dziecka to koszmar każdego rodzica. Mit o złym człowieku, który czyha w cieniu i poluje na niewinne istoty, żeby je potem zabić lub wykorzystać, towarzyszy nam od małego. A to rodzice opowiadają o Złej Babie Jadze, albo gdzieś ktoś widzi czarną wołgę, czy busa wycinaczy nerek… Różne wersje tej samej miejskiej legendy są wkomponowane w powszechną świadomość. Niewiele osób wie, że statystycznie rzecz biorąc uprowadzenia przez obcego to margines uprowadzeń dzieci w Polsce.
Codziennie w kraju zgłaszane są zaginione dzieci, zdecydowana mniejszość to dzieci poniżej 7 lat. Główną przyczyną jest jednak niewłaściwa opieka rodzicielska, a 95% dzieci odnajduje się w ciągu 7 dni. Dzieci padają też ofiarami przestępstw, ale również rzadko ze strony nieznajomych. Stanowią niecałe 3% ofiar zabójstw, których sprawcami przeważnie są ojcowie, ojczymowie lub partnerzy matki, bardzo rzadko obcy.
Myślę, że właśnie stąd wynika zainteresowanie mediów mamą Madzi – Katarzyną W. Jest ona bowiem zaprzeczeniem natury – matki Polki, karmicielki, poświęcającej się dla dzieci i męża. Jest Medeą, opanowana przez nienawiść czarownicą, psychopatką. Już od czasów Eurypidesa jest to narracyjny samograj.
Historia tej zbrodni zaczyna się w Sosnowcu, zimą 2012 roku. 22-letnia Katarzyna W. wychodzi na spacer z wózkiem, zostaje ogłuszona, a ktoś porywa jej córkę Magdę. Katarzynę cucą przypadkowi przechodnie, zostaje zawiadomiona policja. Rozpoczynają się poszukiwania, a zrozpaczona rodzina rozkleja plakaty, publikuje apele w mediach społecznościowych, w końcu temat podejmują media. Na fali zainteresowania swoje usługi oferuje Krzysztof Rutkowski.
Wszystko zmienia się jednak zaledwie tydzień później, kiedy Rutkowski nagrywa Katarzynę przyznającą, że Madzia nie żyje, a zmarła w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Policja rozpoczyna poszukiwanie zwłok w miejscu wskazanym przez detektywa. W końcu, 4 lutego, ciało dziewczynki zostaje odnalezione w prowizorycznym grobie.
Od tego momentu wszystko zaczyna się toczyć jak w makabrycznym serialu. Katarzyna zostaje aresztowana i oskarżona o nieumyślne spowodowanie śmierci, próbuje popełnić samobójstwo, wreszcie wychodzi z aresztu. Rutkowski zabiera ją do Łodzi, gdzie wraz z mężem czekają na wyniki sekcji zwłok. Zaczyna się ofensywa medialna – W. po zmianie wizerunku pojawia się w mediach, udziela wywiadów, aż do momentu ujawnienia wyników sekcji przez prokuraturę – Magda została uduszona. Potem prasa ujawnia fragmenty pamiętnika W. mówiące o tym, że ciąża była niechciana, o problemach w związku i trudnościach w nawiązaniu kontaktu emocjonalnego z dzieckiem.
Telenowela rozkręca się dalej – obrońca W. przestaje ją reprezentować, a sama Katarzyna ucieka od męża pozostawiając list pożegnalny. Znowu próbuje się zabić, zostaje skierowana na obserwacje psychiatryczną. Na fali zainteresowania kolejne media kapitalizują zyski z historii, m. in. powstaje książka „Wybaczcie mi”, nawet Rutkowski chce kręcić film o rodzinie W. Zaczyna się festiwal plotek, wzajemnych oskarżeń małżonków, ich rodzin i Rutkowskiego. W lipcu prokuratura zmienia kwalifikację czynu na zabójstwo. Karuzela kręci się dalej – Super Express publikuje sesję zdjęciową W. w bikini, która jest przegięciem nawet jak na poziom Jastrzębowskiego (Superak zamieścił tam teksty typu „nareszcie mam czas na swoje pasje”). Kiedy cała Polska na chwilę zyskuje oddech, to okazuje się że Katarzyna W. uciekła policji i nikt nie wie gdzie jest. W końcu po wystawieniu listu gończego policjanci znajdują ja na Podlasiu, a niewiele ponad rok po zabójstwie rusza proces.
W. przyjmuje linię obrony wskazującą na wypadek – Madzia miała jej wypaść z rąk ze śliskiego kocyka i uderzyć głową o podłogę. Sąd nie podziela jej wersji i Katarzyna zostaje skazana na 25 lat więzienia. Wnosi apelację, potem kasację, ale obydwie zostają odrzucone. Sprawa Madzi dobiega końca, Katarzyna jest w więzieniu, były mąż wyjechał za granicę i układa sobie życie na nowo. Media powoli przestają się interesować tą historią. Jeszcze Polsat nakręci odcinek „Polskich zabójczyń” i W. odejdzie w zapomnienie.
Z jednej strony akt oskarżenia, policja i Rutkowski malują Katarzynę jako geniusza zła i psychopatkę, która dla wygodnego życia była w stanie zabić dziecko, które jej „przeszkadzało”. W. w końcu wymyśliła historię porwania i była na tyle przekonująca, że wiele osób zaangażowało się w pomoc. Umiała wyprowadzić w pole policję (co, nie oszukujmy się, źle świadczy o systemie nadzoru policyjnego nad oskarżonymi i szybkości pracy prokuratury) oddając kartę SIM koleżance i uciekając na drugi koniec Polski. Być może to jest jednak bardziej dowód na to, jak nasz system jest niewydolny, skoro teoretycznie doświadczonych i przeszkolonych funkcjonariuszy policji jest w stanie wykiwać pierwsza lepsza dziewczyna z dostępem do internetu. Długa droga przed nami, niestety nikt nie ma ani pomysłu, ani odwagi, żeby nasze służby śledcze uczynić bardziej wydolnymi w całości.
Z drugiej jednak strony jak na geniusza była raczej nieudolna – na domowym laptopie szukała informacji typu zaczadzenie czy ceny trumienek. A historia porwania, mimo że „odpowiadająca żywotnym potrzebom społeczeństwa” w tworzeniu Czarnego Luda, nie miała sensu. Działała tylko na zasadzie stereotypu, że rodzina nigdy dziecka nie skrzywdzi, kobieta, a szczególnie matka jest niezdolna do przemocy, a zło pochodzi zawsze z zewnątrz, spoza wspólnoty. I to na ludzi podziałało. Wiedziała, że łatwo manipulować prawdą w mediach, więc próbowała w ten sposób wpłynąć na opinię publiczną, jednak przechytrzyli ją w końcu tacy „tytani śledczy” jak Ewa Drzyzga i karykaturalny Krzysztof Rutkowski.
Katarzyna, w mojej opinii, nie wzięła się znikąd. Nie jest wcale jakąś żądną krwi psychopatką, ale po prostu banalną kobietą-dzieckiem, która nie umie sobie radzić ze sobą, z emocjami, z wymaganiami rodziny i społeczeństwa co do swojej roli jako matki i żony. O tym jest wspomniana wcześniej książka „Wybaczcie mi”, która, abstrahując od rzewnego tonu, porusza według mnie kilka spraw, o których warto wspomnieć. Jej autorka słusznie zauważa, że takie Katarzyny nie rodzą się z piętnem Kaina, a wszyscy je w pewnie sposób warunkujemy. Niedojrzała 22-latka z religijnej rodziny, ba!, sama wiele lat aktywna we wspólnocie Tebah, nagle zachodzi w ciążę i to z ministrantem i lektorem, po 4 miesiącach „chodzenia”. Rodzina naciska na ślub, wiara i prawo nie pozwala na aborcję, na horyzoncie widnieje tylko brak perspektyw w Sosnowcu – puencie dowcipów o biedzie i przemocy. Czy taka osoba powinna w ogóle zostać matką? Czy rodzina powinna zauważyć, że coś jest z nią nie tak? Czy my, jako społeczeństwo, powinniśmy w jakiś sposób wyłowić ją z morza zaniedbanych nastolatek i podjąć działania, żeby dało się uniknąć tragedii? Czy W., kiedy dojrzeje, opowie kiedyś prawdę o tym, jak zabiła Madzię?
Internetowe trolle są zgodne – Katarzyna W. jest odsądzana od czci i wiary, proponują jej śmierć, cieszą się, że będzie gnębiona przez współwięźniarki. Nawet niektórzy dziennikarze i detektywi zajmujący się tą sprawą dostrzegają tylko jeden wymiar – zabiła, bo uznała to za najłatwiejsze, aby wrócić do dawnego życia. Jest to znowu bardzo wąska perspektywa – czy naprawdę mieszkanie z rodzicami, brak wykształcenia i jakiś przypadkowy związek, to pociągająca opcja?
Często jej pamiętnik jest przedstawiany jako dowód, że dziecko przeszkadzało jej w wygodnym życiu. Ktoś ma tu chyba bardziej na myśli życie z myślą tylko o sobie. Jeden z dziennikarzy opowiadał, że czuł się zszokowany, kiedy przeczytał, że W. narzekała na rozstępy, brak satysfakcji seksualnej i nawał obowiązków związanych dzieckiem. Znowu, jest to bardzo męska perspektywa – nie był nigdy uwiązany do drugiego istnienia 24 godziny na dobę przez 9 miesięcy ciąży i potem po porodzie, nie czuł tej odpowiedzialności za drugie życie, nie wie, jak bardzo jest to wyczerpujące. Już pomijam fakt, że dla ciężarnej i młodej matki każdy ma milion porad i krytycznych uwag, a wsparcie oferuje niewiele osób. Myślę, że powinien porozmawiać chwilę z własną żoną, to może przestałby się tak bulwersować opisami ciąży i miesięcy po porodzie z perspektywy matki. Każda kobieta też wie, jak wielka jest rozbieżność prawdziwego doświadczenia ciąży i macierzyństwa, burzy hormonów, uczucia braku oparcia w rodzinie, nawet we własnej matce, jeśli relacje w jakiś sposób wcześniej były niezbyt udane. Jak ciężko opowiedzieć partnerowi o tym, że czasem ma się ochotę wyjść i zostawić nie tylko dziecko, ale i całe swoje życie gdzieś daleko. Jak czasem nawet najlepsze przyjaciółki mitologizują swoje doświadczenia tak, że przypominają kolorowe profile instamatek, a nie prawdziwe życie – to z depresją poporodową, niepasującym ciałem, fatalną opieką medyczną, brakiem pomocy w domu, czy obciążeniem opieką nad noworodkiem. Mężczyźni niekoniecznie rozumieją jak ważny jest wtedy system wsparcia, kiedy nawet wyjście do toalety czy pod prysznic jest obarczone stresem że dziecku się coś stanie, a mózg podsyła tylko ciągle scenariusze co może pójść nie tak. Z drugiej strony wyidealizowane obrazy macierzyństwa pomijają koszt osobisty, bo przecież matka Polka zawsze kocha, zawsze potrafi zająć się dzieckiem najlepiej, nigdy nie myśli o sobie, a nagrodą jest dla niej przysłowiowy „uśmiech bombelka”. I na pewno nie ma morderczych instynktów.
Jednak W. w takiej sytuacji jako jedyne rozwiązanie węzła gordyjskiego „oczekiwania kontra rzeczywistość” widzi zabójstwo. Prawidłowa osobowość wytwarza mechanizmy obronne, przetwarza negatywne emocje i stres w sposób konstruktywny. U nas za mało się mówi o tym, że jednak nie wszyscy są w stanie przejść ten okres bez profesjonalnej pomocy. Zresztą też takiego systemu pomocy nie ma, jesteśmy zdane na rodzinę, empatię i dojrzałość męża i własną odporność.
Co się wydarzyło w głowie Katarzyny, że zaczęła planować zbrodnię? Nie należy jej demonizować ani rozgrzeszać. To osoba z cechami narcyzmu zostaje nagle postawiona w sytuacji, kiedy ktoś inny staje się centrum świata i musi zadbać o jego wszystkie potrzeby, łącznie z przysłowiowymi garami i pieluchami. Modelem staje się albo święta matka typu Kożuchowska z okładek gazet, zawsze idealna, z zawsze czystym i uczesanym dzieckiem, albo własna matka lub teściowa, której pomoc i rada kończy się na ciągłym pouczaniu czy krytyce. Pomocnikiem jest mąż, równie mało dojrzały psychicznie i niezaangażowany w sprawy domowe. Dotychczasowi mentorzy i przyjaciele przestają się angażować w relacje. W normalnym związku od tego jest rozmowa – o podziale obowiązków związanych z dzieckiem, o problemach, finansach. W. jednak, jako osoba niedojrzała i nie mająca dojrzałego partnera, zaczyna podążać jakąś mroczną ścieżką, widząc siebie jako ofiarę okoliczności, a dziecko jako symbol wszystkich swoich ograniczeń. Z mieszanki egoizmu, nieprawidłowej osobowości i głupoty rodzi się zbrodniczy zamysł. Skąd my to znamy? To tylko jedna z najstarszych historii o tym, kto zaczął się nagle pojawiać w czyim lustereczku…
Nie sposób jednak pominąć medialnej telenoweli, w której W. została obsadzona może pomimo własnej woli, ale w którą się zaangażowała z czasem z poczuciem bycia osławiona gwiazdą. Media zwracały uwagę na jej ciuchy, makijaż, fryzury, w widoczny sposób korzystała z tabloidowego zainteresowania i szukała okazji do kontaktu z prasą. Pojawiały się głosy typu „psychopatka robi karierę na zabójstwie”. Nie jest to tak jednoznaczne, jak się wydaje tym rzucającym kamienie – z perspektywy jakiejś prowincjonalnej dziewczyny bez wykształcenia i pracy jest to jakiś sposób na zdobycie łatwej, czy jakiejkolwiek kasy. W końcu jak Katarzyna wyszła z aresztu to jedyna praca, jaka jej została zaoferowana, to taniec na rurze w klubie go-go. Ludzie szybko zapominają, że jak w „Balladzie o lekkim zabarwieniu erotycznym” to często jedyne, co takie dziewczyny mają do zaoferowania światu, a rzeczywistość z telewizora wydaje się im o wiele bardziej realna niż egzystencja w szarej codzienności. Nie oszukujmy się, że w domach takich W. ktoś poświęca czas na tłumaczenie świata dzieciom, rozwija w nich aspiracje, czy poza wiktem i opierunkiem, często pochłaniającym całe środki i energię, daje jakiś kapitał społeczny i kulturowy. Oczywiście nie wszędzie tak jest, ale to też jest pewna forma zaniedbania, taka, której nie dostrzeże MOPS czy szkoła – rodzice nie umiejący przetworzyć czy okazać prawidłowych emocji, mentalnie nieobecni, chyba że do egzekwowania kar czy ustalania zasad, według których często sami nie postępują.
Czy kara jest dla W. adekwatna? Można na to spojrzeć z perspektywy społecznej – zabójstwo dziecka przez matkę to szczególnie piętnowana zbrodnia, bo ta, która ma chronić, pozbawiła życia. Tutaj 25 lat wydaje się dosyć niewielką karą, zwłaszcza przy całym zainteresowaniu medialnym. A może powinno się ją zrehabilitować (oczywiście w idealnych warunkach, bo w polskich to raczej administracyjnie niemożliwe)? Zabić? Uznać za niepoczytalną? Nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi na te pytania.
Z ciekawostek – w polskim prawie karnym mamy dzieciobójstwo i zabójstwo dziecka. Katarzyna W. została skazana za to drugie. Dzieciobójstwo według doktryny może popełnić tylko matka, wobec noworodka i pod wpływem porodu. Prokuratura nie dopatrzyła się u W. tych znamion czynu zabronionego. Co interesujące, niektóre systemy prawne wyodrębniają 3 rodzaje zabójstwa dziecka – do 24 godzin po porodzie, do roku i później. Zabicie dziecka do 24 godzin po porodzie jest wtedy traktowanie jako wynik psychozy poporodowej, nie wiąże się z użyciem broni, ale polega na pozostawieniu dziecka samemu sobie, aż umrze, uduszeniu, utopieniu. Z kolei zabójstwo do 12 miesiąca zostało powiązane z czynnikami ewolucyjnymi – często dokonywane jest na dziecku chorym, kiedy matka nie ma środków do życia albo partnera. Wiąże się też z rozwijającą się depresją poporodową. W różnych systemach prawnych te kwalifikacje traktowane są łagodniej niż morderstwo czy zabójstwo.
Jak w innych krajach próbują zapobiegać tego typu przestępstwom? W skrócie – używając sposobów niepopularnych u nas (zgodnie z poglądem, że polska rodzina jest święta, a zabijające matki to aberracja). Na podstawie badań uznano, że głównymi czynnikami ograniczającymi takie zjawiska są edukacja seksualna, dostępność antykoncepcji i aborcji, opieka psychiatryczna i psychologiczna w okresie ciąży i połogu, a także instytucje typu „okno życia”. Ilość dzieciobójczyń zmniejsza też poprawa ekonomicznego bytu kobiet. U nas wciąż jednak zamiast podążać za nowoczesnymi trendami i korzystać z badań i statystyk stosuje się metody pozornie odstraszające typu zaostrzanie kar. Tzw. „doświadczenie życiowe” przebija niestety fakty i nadal opieramy się na dowodach anegdotycznych w rozwijaniu systemu karnego.
Trudno odpowiedzieć na pytanie, co by było gdyby W. miała te wyżej opisane narzędzia, być może i tak zabiłaby Magdę. Ciężko jednak zignorować globalne trendy, bo wbrew potocznym poglądom na macierzyństwo w naszym kraju, to nadal się w nie wpisujemy i nie odbiegamy specjalnie od normy – niestety nawet matki Polki zabijały, zabijają i będą zabijać. Możemy jedynie ograniczyć ilość tych zbrodni stosując mechanizmy prewencyjne oraz karać te kobiety, które się ich opuściły. Nie należy jednak patrzeć na te przestępstwa jednowymiarowo przez pryzmat mitycznej femme fatale idącej po trupie własnego dziecka do celu. Jest to bowiem zjawisko, które można analizować i wysnuwać wnioski. Być może W. w kontekście indywidualnym jest potworem, jednak statystycznie możemy zrobić więcej, żeby tych potworów było jak najmniej.
Oprócz materiałów podlinkowanych korzystałam z Wikipedii, artykułów prasowych, źródeł Itaki, fot. Agencja Gazeta, autor: Grzegorz Celejewski
Postanowiłam zacząć tego bloga z fascynacji true crime. Tak, to ja byłam tym frikiem w podstawówce, który oglądał CSI po nocach, a w ukryciu czytał „Detektywa”.
W prawdziwych zbrodniach widzę okazję do autorefleksji, a także spojrzenia pod innym kątem na nas – jako jednostki, społeczeństwo, naród… Jak łatwo nam oceniać innych, patrzeć na wszystko z wieży z kości słoniowej, a jak trudno zrozumieć i wyciągnąć wnioski. Nie chcę uczłowieczać morderców, chcę, żebyśmy wszyscy przejrzeli się w ich czynach jak w lustrze i wyciągnęli wnioski.